Wariatkowo odcinek 2456746513.

Dzień jak co dzień. Kawa, mejle, etat, jakiś weekendowy wyjazd. Katalogi wakacyjne, bo miałam pić drinka pod palmami. Monotonne życie baby przed trzydziestką, jej jedynego syna i męża, wtedy jeszcze przyszłego. Człowiek nie ma ochoty nic zmieniać. Naprawdę. Bo jest dobrze tak jak jest. Wszystko uporządkowane jak skarpetki w szufladzie, budżet domowy cudownie fiknął koziołka w tę lepszą stronę (po mega burzy z piorunami), a syn juz na tyle duże by samodzielnie chodzić do kolegi, który przesypia już całe noce dopełniał ten cudowny chillout.

Więc przeszliśmy w tryb pieprzonych masochistów …

A MOŻE BY TAK DRUGIE DZIECKO?

Wiecie, ja jestem typem skrajnego leniwca. Skoro dziecko numer 1 mogę wysłać na dwa tygodnie do babci i leżeć do góry dupą z ulubionym drinkiem malibu, nie wychodzić z łóżka przez kilka dni, to dlaczego miałabym sobie dodawać jakiekolwiek obowiązki, skoro jest dobrze tak jak jest. Poza tym, po burzliwym okresie niemowlęcym Jana, który mogłabym odkreślić od mojego życia grubym, czerwonym flamastrem, gdzie spanie po 2-3 godziny na dobę to był rarytas, obiecałam sobie, że żadne siły tego świata nie wkręcą mnie drugi raz w to samo. No i proszę, pewnego dnia po prostu jak grom z jasnego nieba dostałam olśnienia i potrzeby: “CHCĘ DRUGIE DZIECKO“. I nie, to nie było normalne …

Patrzyłam na Jana lat 6, który właśnie wolał kolegów ode mnie, no bo przecież matka, nawet ta najbardziej zajebista, nie wygra z drugim 6latkiem, bo zainteresowania mamy zupełnie inne (nawet jeżeli wbrew sobie musiałam się nauczyć wszystkim imion tych z Ninjago i jeszcze ich rozróżniać – zgroza!). Moje znajome zaczęły jedna po drugiej zachodzić w ciążę, no bo ja to poszłam z grubej rury trochę przed czasem, wiele, wiele lat – wiec ciągle komuś gratulowałam. One rosły, a ja stałam w miejscu jakby, bo  już nie pamiętałam jak pcha się wózek, przebiera pieluchę i nawet nie pamiętałam jak pachnie niemowlę. Za to wiedziałam czym pachną zebrania w szkole, trzaskanie drzwiami i pyskowanie pewnego zbuntowanego od 2 roku życia berbecia, który kiedyś ważył trochę więcej niż tytka cukru, co z tej perspektywy było niewyobrażalne.

I wtedy ta część mnie, która powinna być tą bardziej myślącą, zamiast wypchnąć tą drugą część, która wołała “taaaak! zrób drugie!” nie wygrała. I trzasnął mnie instynkt macierzyński, o którego istnieniu nie podejrzewałam siebie i jeszcze na dokładkę wzięliśmy sobie psa. Psa, którego rasa to stan umysłu.

 

NIENORMALNOŚĆ.

Zamiast pić drinki pod palmami, bałam się wsiąść w samolot w pierwszym trymestrze ciąży, ale za to nie bałam się pojechać do Trójmiasta, w nadziei, że będzie równie fajnie. Może żadna palma nade mną nie szumiała (oprócz tej, które mi odbiła), ale nawdychałam się morskiego powietrza i można było powiedzieć, że się coś zaliczyło. I to między rzyganiem, wiecznym rollercoasterem hormonalnym i świadomością, że w brzuchu kwitnie Ci nowy jegomość (wtedy to ja jeszcze miałam nadzieję, że na piękną córunię, kucyki pony i herbatki z różowych filiżanek). Pierwszy trymestr przywitał mnie rzygaczką, moje ulubione perfumy Chanel 5 śmierdziały gorzej niż toaleta na Centralnym i przytulałam cześciej toaletę niż męża; drugi trymestr miałam całkiem spoko, bo pewnego dnia obudziłam się pełna życia i tak mi pozostało, a ten trzeci, teraz będący to jakiś kosmos, bo czasami siedzę i płaczę, bo mam tak wysoko Stacha, że gołym okiem widać jak wypycha COŚ pod cyckiem, a to COŚ boli jak ch… i człowiek ciągle myśli, że rzucenie się pod pociąg to wcale nie taki głupi pomysł, ale w Śremie, jak to w Śremie pociąg jeździ, raz do roku, więc prędzej doczekałabym się porodu, niż pociągu. Więc zawsze pod górkę.

Mamy też psa. Ach. Czasem boli. Nowe botki.  Zostawione gdzies niżej i ten wzrok PT, kiedy mi je podaje i mój morderczy, kiedy mam ochotę ukatrupić psa. Ta wygryziona ściana pod stołem, przegryzione kable i wstawanie na początku co 2 godziny na jego siku, nawet w nocy, wreszcie bankructwo na ręcznikach papierowych i weterynarzu, bo jakiś idiota zmienił skład karmy.

A było spokojnie, tak cholernie spokojne. I co za diabeł nas pokusił.

 

Z PERSPEKTYWY SŁONIA.

Prawie nie widzę już własnych stóp. Golenie nóg to wyższa szkoła jazdy, wręcz prawie niewykonalna. O innych partiach ciała nie wspomnę, bo to już dawno zapomniane przez moje oczy rewiry. Wszystko na czuja. Aż sobie podśpiewuję z obozów harcerskich “Czuj czuj, czuwaj”  od razu mi raźniej. Wszystkie bluzki mam za krótkie, oprócz koszul XXL. Więc właściwie pogodziłam się z tym, że mam już gabaryty orki i jestem okrągła jak bożonarodzeniowa bombka. Właściwie jestem przekonana, że objętościa będę mogła konkurować z wielką choinką przy rynku, no chyba, że burmistrz mojego miasta całe mamony przeznaczył na remont ratusza i na choinkę już zabrakło. Wtedy wygram walkowerem. Znalezienie wygodnej pozycji do spania jest prawie tak możliwe jak to, że mój syn numer jeden przez 2 minut nie będzie gadał. I dociera do mnie, że jeszcze dwa miesiące. Kumacie? Dwa! Dwa miesiące perspektywy słonia powiększającego się z dnia na dzień.

 

Z FAZY I NA III, BO SZKOŁA JANA.

Pewnego dnia przyniósł jedynkę ze szkoły za sprawdzian z godzin. Normalnie to bym lamentowała, że kurde, biedne dziecko nie może się nauczyć i jak to tak, że co ja teraz biedna pocznę. No ale ja macham mu tym przy nosem i pytam: “No ale kuźwa, Jachu, jakim cudem?!”, bo widzicie – to niezły cud, kiedy dziecko dostaje 0/22 punkty z czegoś, co potrafi na wyrywki. Jaś wzruszył ramionami i powiedział: “Nie chciało mi się pisać” … Kurtyna. Parę dni później poprawił  22/22 jednocześnie oddając jako pierwszy, znowu wzruszając ramionami “Łatwizna“. Jeszcze rok temu piłam sobie drinki, jak musiałam mu coś tłumaczyć, aktualnie ćwiczę oddechy na porodówkę. Właściwie jak zobaczę jego dyktando (na razie jesteśmy na etapie: dugopis, durzy, kóla, mórarz) z pewnością urodzę i faza I i II porodu mnie ominie, ja od razu przejdę na III. Dodajcie do tego tabliczkę mnożenia.

Sokół Millenium nie ogarnie.

 

 

 

CATEGORY: CIĄŻA, Lifestyle, RODZICIELSTWO

Noemi Pawlak

Od 3 lat blogerka, od prawie 7 lat mama. Aktualnie w dwupaku. Zwolenniczka szczepień, spania z dzieckiem, BLW i wychowywania bez klapsów, oraz szerokopojętego rozpieszczania. Nie powie Ci jak wychowywać, ale byłaby świetną autorką do napisania bezradnika dla rodziców.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Copyrights