Plagiat -dlaczego powinniście się uczyć na cudzych błędach i nigdy tego nie robić.

Plagiat wśród twórców internetowych to bardzo ciężkie przewinienie i konsekwencje tego są niestety bardzo duże. Choć wiele osób próbowało na cudzej pracy się wybić, a jeszcze więcej osób próbowało udawać, że są autorami danego dzieła, prędzej czy później to wychodzi na jaw. I wtedy lekcja jest długa i bolesna, a budowanie na nowo zaufania wśród odbiorców niekiedy trwa wiele miesięcy, a czasem nie jest w ogóle możliwe. Plagiat się po prostu nie opłaca! Dlatego nigdy nie idźcie tą drogą …

PLAGIAT. MOJA HISTORIA. 

4 lata temu dostałam od jednej z Was wiadomość na priv, że ktoś mocno „zainspirował się” moim wpisem na temat spania z dzieckiem. Nie weszłam w link, napisałam wtedy jednej z Was, że nie mam praw na wyłączne pisanie o spaniu z dzieckiem i przecież pewnie co druga blogerka parentingowa o tym pisze. Ostatecznie tematyka blogów parentingowych często się powtarza, a tematy się dublują. Wyróżnia nas tylko to, że każda z nas ma jednak swój styl i punkt widzenia.

Pamiętam, że wróciłam wtedy z pracy i jedząc obiad coś mnie natchnęło i weszłam w ten wpis. Ze zdumieniem odkryłam, że ktoś sobie po prostu mój temat wziął. Zerżnął – brzydko mówiąc. Od pierwszego zdania do ostatniego. Napisałam do autorki wpisu, która wtedy mnie przeprosiła, usunęła wpis i dodała, że więcej razy się to nie powtórzy, że bardzo szanuje mój blog.

I tu sprawa powinna się zakończyć, ale to był początek.

Ci, którzy mnie wtedy obserwowali pamiętają pewnie ciąg dalszy. Zaczęłam czytać bloga tej pani i moim oczom ukazały się moje wpisy sprzed kilku lat, z czasów, kiedy prawie nikt mnie nie czytał.  List na 4 urodziny Janka, ona opublikowała jako list do swojego synka na 2 urodziny, moje przemyślenia, kiedy leżałam z dzieckiem w szpitalu na zapalenie płuc, ona opublikowała jako własne … W niektórych momentach nawet nie zmieniła imienia dziecka …

Napisałam wtedy już totalnie wkurzona do niej, już wiedziałam, że nikt mnie nie przeprosi. Jej mąż, który wszedł w dyskusje nazwał to „inspiracją” i że ona przeze mnie płacze. I zaraz to usunie. Nie docierało ani do niej, ani do niego, że to zwykła kradzież. I to perfidna kradzież. Korzystała ze starych wpisów, gdzie ryzyko, że wpadnie było niskie. Wpadła dopiero na nowym wpisie. Gdyby kradła dalej stare teksty, może do dzisiaj bym o tym nie wiedziała.

 

JAK SIĘ ZACHOWAĆ? CO ROBIĆ, KIEDY PLAGIAT JEST TUŻ OBOK CIEBIE.

Zawsze w takich sytuacjach człowiek ma kaca moralnego, co robić. Czy od razu prawnik, pismo i ewentualny sąd, czy jednak napisać publicznie, że coś takiego ma miejsce wiedząc, że taka osoba zostanie wystawiona dosłownie na żer. I nie będzie dla niej litości.

Ja w emocjach zrobiłam to pierwsze. Opisałam sytuacje na fanpage. Wtedy już blog był poczytny, co spowodowało rozdmuchanie sprawy dalej – sprawa trafiła na wiele fanpage zajmujących się socjal mediami, w tym na „Kryzys w socjal mediach”. Byłam już również skontaktowana z prawnikiem. Wysłaliśmy do niej pismo, wyceniając na jakąś kwotę każdy wpis osobno. Nie pamiętam już jakie to były kwoty. Wszystko miało iść na Fundację Wcześniak.

Dziewczyna pismo zignorowała, tematy jeszcze długo wisiały. Miała również opublikować przeprosiny. Dodam jeszcze, że dziewczyna była studentką dziennikarstwa, a pod moimi wpisami miała informacje o zakazie kopiowania zgodnie z paragrafem X.

Adres do nie było bardzo łatwo dostać. Okazało się, że dziewczyna otworzyła sklep w swoim domu, miałam więc na talerzu i adres i numer telefonu. Pod który zadzwoniłam. I okazało się, że dziewczyna nadal nie rozumie, że zrobiła źle, ona cały czas skupiała się na tym, że jest krytykowana. Nie zamierzała ani przepraszać, ani wpłacać pieniędzy na fundację. Rozmowa z nią dawała mi odczuć, że to ja jestem sprawcą, a ona ofiarą.

Wiecie co ja jej próbowałam wytłumaczyć? Że jak wejdziemy na drogę sądową, a wygraną mam w kieszeni, to ona z wyrokiem o plagiat nie dostanie żadnej, dobrej pracy w zawodzie dziennikarza. Dowie się też o tym uczelnia, co może spowodować nawet wyrzucenie jej z kierunku, który mocno uczula na plagiat.

Sprawa zakończyła się tak, że dziewczyna „przeprosiła” (co było taką samą kpiną jak całe jej zachowanie), pousuwała wpisy i już nic nigdy nikomu nie ukradła, bo właściwie blogową działalność zawiesiła. Nadmienię, że znalazłam tam pojedyncze wpisy jeszcze moich koleżanek blogerek. Sprawa miała trafić do sądu, ale okazało się, że dziewczyna spodziewa się dziecka, potem ja i po narodzinach Staszka olałam. Choć mój mąż do dzisiaj uważa, że nie powinnam.

Wiem jednak, że jeżeli to dziennikarstwo skończyła to nigdy, ale to absolutnie nigdy już nikomu nic nie ukradnie. Bo lekcje miała bolesną.

 

PLAGIAT. WŁASNOŚĆ INTELEKTUALNA. JAK NA TO PATRZYCIE WY?

Często jest tak, że każdy z Was czyta wiele blogów, niekiedy o różnej tematyce. Macie takie blogi, które uważacie za bardzo wartościowe, które wpływają na postrzeganie przez Was jakiejś tematyki. Wielu twórców internetowych ma realny wpływ na innych. Coraz więcej influencerów zakłada swoje własne działalności, gdzie reklamują już własne produkty swojego autorstwa. Są to niekiedy ubrania, innym razem kubki, a jeszcze innym razem bardzo popularne ostatnio e-booki.

Pewnie większość z Was kliknęła ten wpis, żeby poczytać o dzisiejszej mocno rozdmuchanej aferze. Nie będzie tu linczu, nie zamierzam hejtować, ani nie uważam by wysyłanie Dominice pogróżek było ok. Takie zachowanie nigdy nie jest ok. Krytyka, która na nią spada jest uzasadniona, ale hejt nie.

Dominika wydała e-book z przepisami dla dzieci. Sama go polecałam u siebie. Dzisiaj internet obiegła informacja, że przepisy zostały skopiowane od innych blogerów (ponoć trzech różnych kulinarnych), co poruszyło wiele osób i odbiło się mocno wśród blogerskich ścian, też dlatego, że Dominika była podwójną finalistką w dwóch kategoriach Gali Twórców i walczyła o główną nagrodę.

Problem z przepisami jest taki, że ma bardzo luźne prawa autorskie. Ostatecznie każdy z nas robi rosół według swojego przepisu, którym operuje zapewne 90% Polaków. Gdyby tak każdy miał napisać swój przepis na rosół możliwe, że różnica byłaby tylko w ilości marchewek, czy kolejności listy produktów. Tutaj niestety przepisy zostały skopiowane co do przecinka, modyfikacji w nawiasach i literówek.

I choć obecnie Dominika przeprasza, to te przeprosiny są niechlujne, bo po pierwsze: nie mówi nawet kogo przeprasza, po drugie: mówi o jednej blogerce i jednym przepisie i zwraca uwagę na siebie. Czyli właściwie jej odbiorcy nie będą do końca wiedzieć o co tak naprawdę chodzi. A to nie jest jakiś tam błąd. To jest kradzież, którą spieniężyła.

Dominika nie jest pierwsza i nie będzie ostatnia, choć jest szansa, że inni będą juz wiedzieć czego nie robić. Znany portal dla rodziców swojego czasu też potrafił zerżnął prawie całe wpisy, albo mocno „inspirował” się blogosferą, żeby się wybić. Swojego czasu płynęli na najwiekszych aferach z blogów parentingowych, czyli wszystko to co się klikało.  To nie są tylko poczynania małych blogerów, ale często całkiem mocno przemyślane strategie większych. Nawet gwiazdy kopiują swoje pomysły.

 

PLAGIAT. BRUTALNA PRAWDA.

I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Nie kopie się leżącego. Ale takie rzeczy się mocno krytykuje. I choć ktoś mi zwrócił uwagę na IG, czemu znowu ja się odniosłam do tego, czemu ja kogoś krytykuję, to odnoszę się jak do tego wiele poczytanych blogerów. I nie zamierzam udawać, że jest mi to obojętne. Naprawdę nie jest. Jak mają naszą twórczość szanować czytelnicy, skoro my między sobą w blogosferze jej nie szanujemy?

Nie jestem za tym by głaskać po głowie, że nic się nie stało i „każdemu się zdarza”. Nie zdarza się. Nikt z Was nie kradnie cudzego roweru, a potem nie mówi: „ojej, przepraszam, ale w sumie to przecież oddałam/kupiłam nowy”. Takie działania w Internecie są niestety bezlitośnie obnażane. Zawsze.

Czy warto? Możecie odpowiedzieć sobie na to sami, ale każdy z Was pewnie dojdzie do tych samych wniosków. NIE WARTO.

 

A jak możesz do tego nigdy nie dopuścić? 

TWÓRZ SWOJE TREŚCI.  Tylko tyle. Nic więcej.