Czego oczekuje się od 2latków i dlaczego to bezsensu.

„Jak okiełznać dwulatka?” – pada bardzo często. Dwulatki to takie małe mikroczłowieki, które mniej więcej w tym wieku zdają sobie po prostu sprawę, że są osobną jednostką i mają prawo walczyć o swoje zdanie, a walczą zaciekle uzbrojone w niepełne jeszcze uzębienie. I nagle rodzice zdają sobie sprawę, że to wcale nie jest takie proste wytłumaczyć 2letniemu człowiekowi, że nie wolno zalewać łazienki, grzebać w psiej misce, czy wkładać końcówki od walkie tolkie do kontaktu. A jednak trzeba tłumaczyć. Ale jest coś jeszcze. Oczekiwania wobec 2latka.

CZEGO OCZEKUJĄ RODZICE?

  • bawienia się w spokoju jedną zabawką przez dłuży czas niż 5 minut
  • wytrzymania całą godzinę na mszy świętej w kościele, na dupie, bez biegana, gadania
  • żeby dziecko nie biegało / nie skakało / nie było dzieckiem (???)
  • oglądania w spokoju książeczek pół dnia i uczenia się tego co mama chce mu wpoić mając wygórowane ambicje, kompletnie różne od tego czego uczyć się chce 2latek
  • korzystania z nocnika, mimo iż nie każdy 2 latek zaraz po swoich drugich urodzinach wykazuje do tego gotowość
  • pełnego posłuszeństwa i reagowania na każde polecenie rodzica
  • brak histerii
  • itp.

A jak to tak naprawdę powinno wyglądać?

 

PRZESTAŃ OCZEKIWAĆ OD DWULATKA RZECZY, KTÓRYM NIE JEST W STANIE SPROSTAĆ!

Często pytacie jak to jest, że ja jestem taka spokojna względem (bądź co bądź nadal wymagającego i nie do końca posłusznego) Staszka. Właściwie pytania głównie padają na insta, gdzie widujecie często Staszka w akcji. No i nie tylko Staszka, umówmy się. Kluczem do mojego sukcesu jest to, że nie oczekuję od niego rzeczy, których wiem, że nie jest w stanie zrobić. Oczywiście mogłabym się z nim wykłócać i próbować postawić na swoim, ale najprawdopodobniej bym nie wygrała, a nawet jeżeli okupione byłoby to bardzo stresową sytuacją zarówno dla niego jak i dla mnie. A to totalnie bezsensu.

Jednym z głównych argumentów jakie za mną przemawiają, aby traktować 2latka jak równy z równym jest to, że odkąd podchodzę tak do Staszka, rozmawiając z nim jak równy z równym, nie krzyczę (nigdy mi się nie zdarzyło w złości na niego wydrzeć), zawsze jak coś tłumaczę kucam na jego wysokości etc. – udaje nam się fajnie w współpracować. Mam wrażenie, że wsłuchując się w jego potrzeby i dostosowując się pod jego wiek oboje uczymy się funkcjonowania w społeczeństwie. Ja jako rodzic, on jako dziecko. I ja nie potrzebuje mu ciągle zakazywać czy nakazywać. Pewne rzeczy zaczęły przychodzić naturalnie.

Fajnie by było jakby Staszek miał czasem opcję „off”, ale jej nie ma. Ma za to opcję „on” i wszystkie opcje życiowego przyspieszenia. Ale i tak potrafi bawić się sam, ogląda ze mną książeczki, albo robi to sam. Dużo opowiada na swój własny sposób, coraz więcej powtarza słów i idzie się z nim naprawdę super dogadać. Właściwie poznaliśmy jego język, a on poznaje nasz. Wypełniamy się nawzajem.

I to jest naprawdę fajne.

Wiele lat temu, kiedy Jasiek był dwulatkiem, oboje błądziliśmy jak we mgle. Jedna strona mnie chciała być rodzicem idealnym, druga część mnie znajdowała luki, bo nie mogliśmy się dogadać. Ja oczekiwałam od niego pełnego posłuszeństwa na każdej płaszczyźnie sądząc, że on potrafi temu sprostać, on się buntował (a bunt miał spory!) i w końcu oboje wybuchaliśmy. Ja, bo mnie wkurzało, że on nie chciał jak ja; on, bo jakim prawem chcę iść w lewo, jak on chce iść w prawo, albo odwrotnie.

W tym czasie Jasiek potrafił rzucać się na chodniku, przy każdym „nie!” wypowiedzianym przeze mnie (czy tatę) nie patrząc czy rzuca się w błoto, kałużę, śnieg czy kupę psa. I czasem zdarzało się, że kiedy ja liczyłam sobie duże liczby w głowie, aby nie wybuchnąć i spokojnie mówiłam: „kochanie proszć, wstań!”, stawała obok nas jakaś pani, wychowująca swoje dzieci w innej epoce, która informowała mnie, że za jej czasów takim dzieciom to się dawało klapsy.

No i ja oczywiście jako młoda matka, bo w momencie, kiedy Jan miał bunt dwulatka, ja miałam lat 20, więc ja ledwie sama wyszłam z buntu, ale nastoletniego … ktoś próbował mnie przekonać, że w sumie to jak dam na dupę, to załatwię swój cały problem związany z tym tam, mikroczłowiekiem, który wtedy owszem, mówił super dużo, ale jednocześnie czasem zachowywał się tak jakbym sama do niego mówiła w języku afrykańskich plemion, dlatego nie mogliśmy się dogadać. Klapsa też nie dałam. Ale czasem było blisko …

Dzisiaj wiem, że za dużo od niego i od siebie oczekiwałam. Od siebie bycia nadczłowiekiem, który miał udowodnić wszystkim, że przeczytawszy 398439284 poradników na temat dzieci zostajemy specami od wychowywania i mamy monopol na kolejne 18 lat wychowywania; i od niego, żeby był posłusznym robocikiem na pilota z funkcją „wyłącz”.

JAŚ NIE POTRAFIŁ BAWIĆ SIĘ SAM.

Jasiek nigdy (i trwa to do dzisiaj) nie potrafił bawić się sam. Nie było tak, że ja mu dałam jakieś zabawki, a on się potrafił nimi zająć. Nie. Przy każdej zabawie musiałam być obok i bawić się z nim. Ja naprawdę nie lubię się bawić z dziećmi, więc idzie mi bardzo na rękę, że chłopcy mają teraz siebie, a poza tym Staszek nie potrzebuje kompana do zabawy, on układa sobie klocki/autka/etc. sam. Co nie oznacza, że nie trzeba z nim spędzać czasu. Po prostu pod tym kątem jest mniej wymagający. Jedno odchodzi na poczet drugiego.

To co ja uważam za swój problem to dostosowanie zabaw pod nich dwóch. Przy różnicy wieku 8 lat znalezienie zajęcia, które zainteresuje ich oboje jest czasem trudne. Ale zwykle jakoś się udaje. Może i z różnymi skutkami, ale udaje się. Pamiętacie zabawę chłopców piaskiem kinetyczny? Ano to był ten moment w macierzyństwie, kiedy wyznajesz zasadę „miej wyjebane, a będzie Ci dane”. Dlatego zamiast się z nimi szarpać usiadłam sobie z kawą, a oni się tym piaskiem rzucali, demolując w pewien sposób mieszkanie. Wkroczyłam do akcji jak skończyła im się amunicja. Oni mieli świetną zabawę, ja 5 minut sprzątania (ten piasek dobrze się sprzątał) i ciepłą kawę. Żadnego płaczu, żadnego wykłocania się kogo racja jest mojsza. Chillout. Zwyczajny. Ludzki. I żadnych skutków ubocznych.




Jest jednak wielu rodziców, którzy nie potrafią wyluzować. Ale też i wielu rodziców, którzy wymagają aby taki dwulatek, który właściwie robi za ludzką bombę atomową, siedział na tyłeczku i wyklejał, rysował, nie biegał, siedział. Cały dzień.Przesypiał noce, słuchał każdego polecenia. A to tak nie działa. Wręcz rzekłabym, że nie powinno w ogóle tak działać. Dziecko w buncie, respektowaniu własnego „ja”  też się uczy. Wielu rzeczy i funkcjonowania w społeczeństwie. Masz być drogowskazem jako rodzic, ale nie funkcjonuj jako ciągły znak zakazu i nakazu.

 

TWÓJ DWULATEK POTRZEBUJE PRZESTRZENI DO BIEGANIA.

Moim zdaniem kilkuletnie dzieci zachowują się często jak chomiki w kółku. Jest to wpisane w ich naturę. Mogą pół dnia spędzić biegając, a kiedy się zmęczą „bo bolą mnie nóżki”, magiczne zaklęcie brzmi: „jak Cię bolą nóżki i nie możesz iść, to biegnij”.

Dwulatki biegają! Mają ogromną energię. Z mieszkania robią sobie plac zabaw, rodzice największych hardcorów (patrz Stanisław) przechodzą załamanie nerwowe. Dlatego trzeba im zrobić maksymalnie dużą przestrzeń i maksymalnie bezpieczną. Ja dopiero przy drugim dziecku zorientowałam się ile niebezpieczeństw czyha na moje dziecko, któremu się wydaje, że ma tyle żyć co kot i wykazuje skłonności samobójcze. Nie będę też ukrywać, że ilość sytuacji, które mogły się zakończyć zupełnie inaczej niż guz, rozcięcie czy moje palpitacje, było zatrważająco wiele. Więcej niż zaserwował nam Jaś przez całe 9 lat. Ja naprawdę nie wiedziałam, że są takie dzieci …

Zasada jest więc prosta: oczekiwanie, że dwulatek będzie siedział na dupsku, to jak oczekiwanie, że przestanie oddychać, albo zacznie recytować Pana Tadeusza.




 

NADDZIECKO, NADMATKA, NADWSZYSTKO.

Masz swoją wizję macierzyństwa i fajnie. Tylko często ta Twoja wizja nie jest dostosowana do potrzeb Twojego dwulatka. To często zbyt wygórowane ambicje, patrzenie ciągle za siebie i sprawdzanie, czy osoby obserwujące na pewno będą miały o Tobie dobre mniemanie i czy w oczach innych jest wystarczająco dobra.

Rób wszystko tak by to Tobie było wygodnie. Tobie i dziecku. Ty nie musisz być wcale nadmatką, mimo iż dzisiaj króluje kult nadmatek. Twoje dziecko wcale nie musi być naddzieckiem i w wieku 2 lat wykazywać IQ Einsteina. Twój 2latek ma prawo fascynować się w tym czasie autami, zwierzątkami a nawet guzikami, a jego główną życiową ambicją będzie zrobienie Ci w sklepie afery oto, że nie chcesz mu kupić bazylii w proszku, którą ściągnął z półki. Albo, że ma pietruszkę w rosole. Albo, że nie chcesz mu na śnieg założyć sandałów. Albo próbujesz mu założyć czapeczkę. Rękawiczki to już III wojna światowa.

 

Odpuść czasem te zawody. Odpuść czasem sobie, dziecku. Odpuść. A zobaczysz, że tylko zyskasz. Wychowuj, bądź wskazówką. Ale odpuść. Czasem. Nie tylko dla dziecka. Dla siebie i swojego zdrowia psychicznego. Nie bądź nadwszystko, bądź mamą. Nie nadmamą.

A po tygodniu daj znać ile zyskałaś siebie.




 

 

 

CATEGORY: STREFA MALUCHA
Comments (1)

Czytam siedząc w łazience gdy kąpię się mój straszy 10latek i płacze ze śmiechu. Mój 2latek grudniowy smacznie śpi i tak bardzo przypomina mi w opisie zachowanie Jasia, a 10latek Staszka. Jesteś niemozliwa:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Copyright 2018. All Right Reserved.