Apel do człowieka.

Co roku w Polsce w wyniku utonięcia giną setki ludzi. Czyjeś matki, siostry,żony, dzieci, bracia, mężowie, ojcowie … Co roku setki rodzin przechodzi życiowy koszmar, bo woda  okazuje się niebezpiecznym żywiołem z którym człowiek nie daje sobie rady. I choć duża część tych wypadków miała miejsce, bo nastąpiła seria niefortunnych zdarzeń, są jeszcze te historie, których można by uniknąć gdyby dorośli zminimalizowali ryzyko niebezpieczeństwa i zastosowali się do ostrzeżeń, wiszącej flagi, czy nie wchodzili do wody po alkoholu.

TYMCZASEM NAD POLSKIM MORZEM.

Mimo czerwonych flag ludzie ochoczo, nierzadko z dziećmi, zaraz po wypiciu z plastikowego kubeczka piwa idą do wody. Większa część z tych osób w komplecie wróci do domu. Mają więcej szczęścia niż rozumu, a w ich rodzinnym albumie za rok znajdą się zdjęcia z taką samą ekipą z podobnych wakacji. Tylko rok później. Jest jeszcze ten mały procent, który przez niezastosowanie środków bezpieczeństwa już nigdy nie pojedzie na wakacje. Za to przez krótką chwilę będzie o nich głośno w mediach i będą bohaterami wielu dyskusji. Nierzadko ostrych, nieadekwatnych do sytuacji i zbyt surowych w ocenie.

Poza czerwoną flagą jest jeszcze kwestia pozwalania na to by małe dzieci, niewiele starsze od mojego młodszego syna siedziały całkowicie same przy brzegu, z matką lub ojcem, którzy kilka metrów dalej opalają się, co jakiś czas zerkając na pociechę, pokładając ogromną nadzieję w tym, że zdążą dobiegnąć, to w końcu tylko kilka metrów, więc morze nie ma prawa odebrać im dziecka. Ale morze jest szybsze niż kilkumetrowy dystans …

Są jeszcze Ci, którzy chcą sobie strzelić selfie na falochronie i Ci, którzy wykłócają się z ratownikami „którzy przecież nic nie robią, tylko siedzą na fejsie„, bo każą im  wyjść z wody. A oni przecież nie po to przyjechali nad morze by się nie kąpać! Ci najbardziej bezczelni komentują na głos, że Ci ratownicy po to tu właśnie są, aby w razie czego ich uratować, bo za coś im w końcu płacą.

I tak. Gdyby któryś Janusz wakacyjny wpadł do wody, ratownik jest zobowiązany do tego by narażając własne życie uratować człowieka za, bądźmy szczerzy, cholernie nieadekwatną do tego pensję. A ten ratownik to być może czyiś mąż,a na pewno czyjeś dziecko.

Rok w rok, mówi się głośno, apeluje a także pokazuje liczne tragedie, które miały miejsce, bo nie zastosowano odpowiednich środków bezpieczeństwa. Skoro czerwona flaga nie robi na nikim wrażenia i zostaje zignorowana „bo się ratownikom pewnie nie chce pilnować”, to może czyiś błąd, który kosztował jego lub innych życie bardziej zobrazuje powagę sytuacji?

Problem w tym, że juz dzień po tragedii w Darłówku, według naocznych świadków, gdzie trójka nastolatków chwilowo zostawiona bez opieki rodziców utraciła życie – ludzie niezrażeni ogromem tragedii zabierają tam swoje dzieci, nie zważając na kolor flagi, fale, czarny punkt, falochron.

A nie jesteśmy nieśmiertelni …

 

OSTRA DYSKUSJA, OSTRE SŁOWA, OSTRE OSĄDY.

Według wielu osób o tragedii w Darłówku albo nie powinniśmy mówić w ogóle, albo z uszanowaniem żałoby owych rodziców i włączeniu maksymalnie jak największej empatii.Wiele osób uważa, że rodzice otrzymali już karę, najsurowszą z możliwych – wyjechali na wakacje z czwórką dzieci, a wrócą tylko z jednym …

Problem w tym, że śmierć dzieci to nie jest kara. Te dzieci nie żyją, a żadna śmierć nie powinna być traktowana w kategorii „kary”, nawet jeżeli jest najsurowszą i największą konsekwencją z możliwych. Mówimy tutaj o trójce nastolatków w wieku od 11 do 14 lat, którzy zapewne nie zdawali sobie sprawy z tego jakie grozi im niebezpieczeństwo, kiedy przy braku chwilowej opieki wejdą na falochrony. Zresztą, już się zapewne nie dowiemy dlaczego tam weszły …

W tej tragedii, niewątpliwie ogromnej, która zapewne pojawiła się przy niejednym, polskim stole – powinniśmy rozdzielić dwie rzeczy. Pierwsza to śmierć trójki dzieci i pogrążonej w żałobie rodziny, w którą nigdy, ale to absolutnie nigdy nie powinno paść, że teraz płaczą, bo stracili 500 plus. Jest to tak podłe i tak nieludzkie, że ze zdumieniem odkrywam, że piszą to osoby, które zapewne uważają się za inteligentne i może mijam takich na ulicy, oraz tych ludzi, którzy z szyderczym uśmieszkiem wciskają lajka w górę, dając tym samym komentatorowi swoje poparcie  i poczucie przyzwolenia do chamstwa i okrucieństwa… W tych rodziców nie powinien padać hejt. Hejt w każdej postaci jest zły, a oni nie zrobili tego specjalnie, chcąc śmierci tych dzieci, a przynajmniej takie głosy ani razu nie doszły do nas z mediów. Wręcz przeciwnie – pisząc ten wpis poszperałam w sieci. Ta kobieta uznawana jest za dobrą, przykładną mamę zarówno przez dyrekcję szkoły do której chodziły dzieci, jak i przez mieszkańców miejscowości w której mieszkali.

Druga sprawa to ta, która sprawia, że w tej tragedii mówimy o czynnikach dodatkowych. I to one sprawiają,że o tej tragedii jest tak głośno. Czynnikiem dodatkowym w tej tragedii jest coś, co nie powinno podlegać żadnemu tłumaczeniu. To jest przedstawianie faktów: tych dzieci nie powinno tam być. Te dzieci nie powinny zostać same przy falochronach, nie powinny znaleźć się w miejscu niestrzeżonym. Dlatego, że jest to absolutnie zabronione, właśnie dlatego, że wszystkim – niezależnie od wieku – grozi ogromne niebezpieczeństwo.

Wiele razy czytałam, że przecież takie dzieci 11,12 i 14 lat rozumieją zasady i powinny wiedzieć co im wolno a czego nie. Oczywiście, że o zakazach wiedzą. Ale też w tym wieku człowiek uważa, że jest nieśmiertelny i może wszystko. Tu wystarczy zwykłe „i co? boisz się mamy?” wypowiedziane z ust rówieśnika szyderczym głosem, by balansować na cienkiej granicy, by nie wyjść przed resztą na „cykora”.

I podejrzewam, a w ręcz jestem pewna, że każdy z nas (jeden po drugim!) przypomni sobie ze swojego dzieciństwa chociaż jedną sytuacje, która mogła się skończyć inaczej.

A co możemy jako rodzice? Pochylić się trochę nad tą tragedia, by za rok, kiedy pojedziemy znowu nad morze mając na uwadze co się może stać nie popełnić tego samego błędu, bo konsekwencje są tak ogromne, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać. Tu powinno się apelować głośno wyraźnie, jeszcze głośniej, jeszcze wyraźniej: minimalizujmy zagrożenie tam gdzie możemy, aby o takiej tragedii już nigdy nie usłyszeć i by żaden rodzic nigdy więcej czegoś takiego nie doświadczył!

 

DOROSŁY (NIE)PRZYKŁAD.

Rok temu mój mąż jechał na wieczór kawalerski. Wiecie jak wyglądają wieczory kawalerskie prawda? A mój mąż dodatkowo jechał do domków nad jezioro. Wiem, że doskonale zdaje sobie sprawę, że ma żonę i dwójkę dzieci, ale zanim wyjechał powiedziałam głośno i dobitnie, że ma nie wchodzić do wody po piwie. Powiedziałam to dorosłemu facetowi po trzydziestce, nie 16 latkowi.




Pamiętam doskonale jak miałam po 14-16 lat i razem ze znajomymi chodziliśmy nad jezioro dopiero po godzinie 18. Czyli wtedy, kiedy nie było już ratowników. Dlaczego? Dlatego, że wtedy mogliśmy bez żadnego upomnienia i limitów wskakiwać do wody z drewnianego (dzisiaj już nieistniejącego) pomostu. Czy to było mądre? Skądże znowu … Chociaż nie przypominam sobie by ktokolwiek wtedy nie wypłynął, czy komukolwiek stała się krzywda.

A rodzice? Nie wiem czy wiedzieli, że ich dzieci kąpią się dopiero po 18, bo przecież każdy z nas z plecakiem na plaże wychodził od rana i wracał późnym wieczorem. Tak przebiegały wakacje.

I widziałam wielokrotnie takich ludzi, którzy spokojnie mogli być już ojcami dzieci nierzadko w moim wieku, którzy po wielu piwach wypitych w pobliskiej knajpie ze śmiechem wskakiwali do wody. Z tego samego pomostu co my, dzieciaki niepilnowane przez nikogo. Bo mieliśmy po 15 lat, a w tym wieku przecież nikt nie umiera. Zwłaszcza jak potrafi dobrze pływać jak my. To była nasza logika. Trochę pokrętna, ale adekwatna do wieku. W tym wieku sądziłam, że jestem nieśmiertelna i będę żyła wiecznie.

Dlaczego jednak dziwimy się dzieciom, że łamią zasady, skoro dorośli robią to samo? Czerwone flagi są uznawane za białe, kąpiele po alkoholu za zabawne, pyskówki z ratownikami za oznakę przewagi …

Każdy z nas ma na sumieniu większe lub mniejsze grzeszki rodzicielskie. Mniejsze lub większe niedopilnowanie. Ja im jestem starsza, im starsze mam dziecko (wychodzące już samodzielnie na dwór, które też miało akcje po której dostał taki ochrzan, że mu chyba w pięty poszło) tym więcej zagrożeń widzę. Wody wręcz boję się panicznie.

 

JEŻELI JESTEŚ RODZICEM, JESTEŚ ZA DZIECKO ODPOWIEDZIALNY.

Ja wiem, że wiele polskich rodzin zbiera cały rok na wakacje. I wiem doskonale, że każdy z nas chce jadąc nad morze się w tym morzu wykąpać, bo jest to ten jeden, jedyny raz w roku, kiedy można. Ale, kiedy dostajemy informacje o sinicach rzeczą oczywistą jest, że się nie kąpiemy. Sinice o których trąbiono wszędzie niektórych osób w ogóle nie zraziły do kąpieli. Co więcej wiele osób ciągnęło do wody swoje dzieci, najbardziej narażone na skutki sinic …




Wyjeżdżaliśmy nad morze w momencie, kiedy o sinicach mówiło się wiele. Jeszcze dzień przed wyjazdem orientowałam się, czy w miejscowościach obok są jakieś plaże na których jednak wisi biała, a nie czerwona flaga. Nawet w drodze na wakacje sprawdzaliśmy na bieżąco sytuacje. Jasiek był poinformowany, że może być tak, że po prostu się nie wykąpiemy i spędzimy czas inaczej. I nie, Jasiek nie skakał z radości. Jak każde dziecko był mocno rozczarowany.  My trochę też. Ostatecznie jednak trafiliśmy na moment, kiedy sinic już nie było i mogliśmy się kąpać.

Jest coś jeszcze na co uczulam. Kiedy trochę ponad rok temu rozpoczęła się na fanpage dyskusja odnośnie picia przy dzieciach alkoholu wiele osób uważało, że „to tylko jedno piwo” tylko lampka wina” i „wakacje od tego są”. Ja się zgadzam. Większości z nas po jednym piwie nic by nie było – w sensie nic co zaćmiłoby umysł i spowodowało mniejszą koncentracje opieki nad dzieckiem. Tylko jest coś jeszcze …

Wyobraźcie sobie, że na tych wakacjach Wasze dziecko się przewraca. Tak jak mój – nieostrożny – Staszek. I dziecko łamie sobie rękę lub rozwala sobie łuk brwiowy. Tu przykładów możemy mnożyć wiele, ale chodzi oto, że lądujecie z dzieckiem na SOR. Konsekwencje tego, że wyczuliby od Was alkohol i alkomat wykazałyby jakikolwiek promil we krwi – byłyby ogromne. Policji nie interesowałoby czy wypiliście dwa piwa, czy całą zgrzewkę. Ich by interesowało tylko to, że Wasze dziecko złamało sobie rękę, a wy byliście pod wpływem alkoholu … „Pijani rodzice nie dopilnowali dziecka. Doszło do tragedii” – znacie te nagłówki?

Każdy z nas rodziców miał zapewne na swoim koncie jakieś niedopilnowanie. Takie, które nauczyło nas szybko, ale na szczęście niezbyt boleśnie, że trzeba zmienić trochę system opieki. Same siebie, bez żadnej publiki po prostu postawiłyśmy „przed sądem” dając wyrok „chujowego rodzica” obiecując poprawę. Każdy kto ma starsze, samodzielnie wychodzące na dwór dziecko wie doskonale, że są różne sytuacje, niekoniecznie mówione rodzicowi, w których nasze dzieci biorą udział. Ja mam to szczęście, że o pewnej sytuacji zostałam poinformowana przez osoby trzecie, bo Jasiek dostał taki ochrzan jak chyba nigdy w życiu, a moje serce na moment stanęło dęba. Zapamięta chyba do końca swoich dni.

Kiedy blokujemy okna, schody czy władamy zaślepki do kontaktów minimalizujemy ogromne ryzyko ogromnych konsekwencji zdrowotnych u dzieci, którym się jeszcze nie da wytłumaczyć, że kontakty to nie są uśmiechające się do nas przyjaźnie okrągłe twarzyczki, a ludzie nie potrafią latać jak w bajkach. A zwłaszcza z piątego piętra.

 

A kiedy wyjeżdżamy na wakacje, po prostu musimy pilnować dzieci w wodzie. Poza wodą też. I nie tylko dzieci. Obserwujmy siebie, dorosłych nawzajem też. Bo ludzie topią się w ciszy, wcale nie krzyczą jak na filmach o ratunek.

 








 

 

 

CATEGORY: MATKAPREZESA.PL
Copyright 2018. All Right Reserved.