Dzień w którym narodziła się matka.

9 lat temu narodziłam się jako matka. Byłam mamą istoty całkowicie mi obcej. Nie było żadnych supermocy. On nie patrzył na mnie z błyskiem dumy, na mojej piersi nie leżał syn, brudny, krzyczący i tak samo zdziwiony mną jak ja nim. Była cisza. Byłam sama. Słychać było syczenie lampy nade mną. Niebiesko żółte kafelki wryły mi się w pamięć tak mocno jak okulary wypalonej zawodowo położnej, która na moje nieszczęście odbierała mój przedwczesny poród. Nic nie bolało. Nagle przestałam czuć wszystko – ból, emocje. Tak jakbym znalazła się w całkowitej, próżni. Jakby ktoś po prostu wyrżnął mi nożem cały układ nerwowy.

Mózg włączał barierę ochronną. „To tylko sen. Pieprzony koszmar” – wmawiałam sobie i mojemu organizmowi. Nie wiem jak znalazłam się nagle w innym pomieszczeniu. Niby porodówka, ale jednak przedziera się przez okno światło dzienne. Słońce. Jakby kpiło ze mnie.  Trzy łóżka. Jedno zajmuje ja, drugie ona. To po środku puste. Oddziela nas od siebie jak ściana. Nad nią pochyla się mąż. Tulą swoje nowonarodzone dziecko. Patrzę. Zazdroszczę. Pewnie urodziłam w tym samym czasie co ona. Tylko dlaczego ona ma dziecko przy sobie, a ja nie? Dlaczego ona się uśmiecha? Dlaczego oni się uśmiechają? Co oni robią obok mnie! Dlaczego nikt ich stąd nie zabierze?! Dlaczego mnie nikt stąd nie zabierze! Boli mnie ten widok. Boli bardziej niż ból porodowy. Nienawidzę ich szczęścia.

Mam ochotę wrzeszczeć głośniej niż przy porodzie. Nie z bólu fizycznego, psychicznego. Nigdy nie sądziłam, że ból psychiczny może tak bolec. Nade mną tez się ktoś pochyla. Biały fartuch. Kobieta. Mam ochotę powiedź: „Wynoś się, odejdź! Daj mi spój! Ja chcę się obudzić! Nie przedłużajcie tego snu!”.  Mówi, żeby się szykować na każdą ewentualność, że najważniejsze są pierwsze trzy doby.

Istota z mojego brzucha rozpoczęła walkę o życie. Bo nie dałam mu ochrony na 9 miesięcy. Jestem najgorszą matką na świecie – stwierdzam fakt, nikogo nie pytam o zdanie. „Off” – włączam przycisk w moim mózgu. Nie angażuj się, nie płacz, nie myśl o dziecku. Bo zwariujesz. Udawaj, że nic się nie stało. Przecież to się na pewno nie stało. Przecież to takie nierealne … przecież …

Skoro jestem mamą, to gdzie jest dziecko? A skoro jest dziecko, to gdzie jest jego mama? Dlaczego rozdzielają nas piętra, ściany i ludzie? Czy on też się boi jak ja się boję? A może już odszedł, tylko jeszcze nikt nie przyszedł nas o tym poinformować. Może o 10.48 się narodził, a o 11:58 już odszedł. Jak to jest żyć tylko godzinę?  Czy będę mamą tylko godzinę? A może dwie? Może uda się być mamą miesiąc, a może za rok o tej porze będę dmuchała za niego pierwszą świeczkę? A potem każdą kolejną. A przepraszam, czy ktoś mógłby mi dać na moment kryształową kulę? I pokazać mi ułamek tego co będzie za kilka miesięcy, za kilka lat? Może to być jeden but, jeden klocek, cokolwiek. Coś co da mi poczucie normalności w tej szarej, kurewsko niesprawiedliwej rzeczywistości.

Dzień dobry, jestem mamą. I nie znam własnego dziecka. Wiem tylko, że ma oczy, takie jak moje, bo kiedy z nim wybiegali jedno otworzył. Spojrzał. Jakby chciał powiedzieć: „mamo? Halo! Mamo! Gdzie oni ze mną idą?! Mamo!”. Nie wiem gdzie idziesz. Nie wiem co dalej.

Ból porodowy odchodzi sekundę po tym jak otrzymuje informacje, że to syn. Dziwne uczucie, kiedy o 10.47 masz wrażenie, że przekroczyłaś wszelką, dozwoloną skalę bólu, a o 10.48 wszystko mija, jakby ktoś zrobił pauzę. A potem cisza i milion emocji, rozwalających dozwolony porządek świata. Mózg eksploduje od szoku, niedowierzenia. Czy to naprawdę się wydarzyło? Kilka minut potem wbiega on. Spóźnił się. Myśli, że to kolejny, fałszywy alarm. Przecież mamy czas. To połowa czerwca, nie koniec sierpnia. Patrzę na niego bez emocji, żadnych, jakbym przed chwilą nie widziała naszego syna po drugiej stronie. Może uda się udawać, że nic się nie wydarzyło? Może nie będę musiała mu tłumaczyć, że przykro mi. Zawiodłam. Spieprzyłam sprawę. Urodziłam. Dzisiaj. Nie za dwa miesiące.

Patrzy na mnie w szoku niewiele mniejszym niż ten w którym byłam ja. Nie wierzy, podchodzi szybko, dotyka brzuch. Nadal nie wierzy, a przecież brzuch jest pusty, on powoli zaczyna rozumieć. Wiem, że muszę coś powiedzieć. Cokolwiek. Pocieszyć jego i mnie, że przecież nic się nie stało. Kochanie, to tylko sen. Spokojnie, obudzimy się. Oboje. Krzyczę do niego, że jak będzie chciał jeszcze jedno dziecko to będzie rodził dupą. Iskierka normalności – ponoć wszystkie się tak drą do mężów, a potem wracają na porodówkę. Ja obiecuję sobie, że już nigdy nie wrócę. Nie zdałam egzaminu na ciąże i na matkę. Drugiego też nie zdam. Miałam po części rację …

Dzień dobry. Jestem mamą. Mija 17 czerwca 2009 roku, a ja nadal nie wiem gdzie jest mój syn. Leżę w dziwnym miejscu. 4 łóżka. Wszystkie zajęte. Tylko jedno, to moje niepełne. Obok mnie nie ma łóżeczka. Nikt obok mnie nie płacze, nikogo nie przytulam, ani nie karmię. Pod poduszką telefon. Na telefonie zdjęcie. Jedyny dowód na to, że jestem mamą. Jestem mamą, prawda?

Obudzę się. Pewnego dnia obudzę się z tego koszmaru. Pewnego dnia …

 

17 czerwca 2018.

– Sto lat synku! Stooo lat! Dziękuję, że jesteś.

 







CATEGORY: WCZEŚNIACTWO
Comments (6)

Czytam i wyje 😟 jakie mocne slowa, emocje… ! Tez jestem mama wczesniaka, tez kolo mnie nie bylo lozeczka z placzaca istota, bylam sama jak palec, chcialam tak jak Ty obudzic sie z tego koszmaru.

Jak dobrze Cię rozumiem… Ta dziwna pustka w sercu!!! Jakiś kiepski serial! I pytania osób odwiedzających inne matki…. A gdzie Pani ma swoje dzieciątko?!!!na spacer sobie poszło!!!! krzyczałam w środku!!!

Najgorsze właśnie w tym wszystkim jest to że nie ma tego maleństwa obok nas a kładą nas na sali z matkami które maja dzieci przy sobie. To takie niesprawiedliwe

Miałam w sobie podobne emocje do Twoich, choć jednocześnie więcej spokoju i pewności, że będziecie dobrze. Nie byłam przygotowana na wcześniaka, bo stan przedrzucawkowy miał u mnie piorunujący przebieg. W ogóle zostając mamą, o wcześniakach nie wiedziałam nic. A dzień przed porodem współlokatora z sali opowiedziała mi historię wcześniaka z 24 tygodnia- taką z happy endem. Do dziś jestem jej wdzięczna za tą opowieść, bo cały czas byłam przekonana, że skoro jestem 5 tygodni do przodu, to u nas też wszystko będzie dobrze! Nigdy nie straciłam tej nadziei i bardzo długo żyłam w totalnej nieświadomości zagrożeń, jakie mogły nas dotknąć. Tak naprawdę dopiero kilka lat później, właśnie Twój blog uświadomił mi, że mając w domu wcześniaka o wcześniactwie wciąż wiem niewiele, bo naszego syna ominęło prawie wszystko co najgorsze. 100 lat do Jasia! Dużo zdrowia.

Pracuje na porodowce w jednym z angielskich szpitali I to o czym piszesz (ze mamy wczesniakow maja pokoje razem z mamami dzieci urodzonych o czasie ) wydaje sie byc po prostu okrutne
U Nas mamy ktore nie maja z jakiegos powodu dzieci przy sobie maja oddzielne pokoje aby nie byc zmuszonym patrzec na dzieci I mamy ktore maja szczescie byc razem .

Pozdrawiam

Pamietam jak położyli mnie na sali z dwoma dziewczynami ,które miały zdrowe maluchy …ich jedyny problem to ze starszaka ,który został z babcia nie zobaczą jeszcze dwa dni..ja mojej Hani nie widziałam miesiąc …i stan maleństwa ciężki ,brak łóżeczka obok i to poczucie winy ,które jest we mnie do dziś …mimo tego ,ze to zdrowy trzylatek….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Copyright 2018. All Right Reserved.