Wydobyci.

Wypatroszona jak karp na święta, z bólem który zapierał dech w piersiach przychodzi mi się zmierzyć ze ścianą. Ścianą ludzkich umysłów zbyt ograniczonych by pojąć kilka faktów. Nie dziwię się poniekąd, sama przecież długo w to wierzyłam. Że cesarskie cięcie to droga na skróty, odwalą za mnie czarną robotę, będzie bezboleśnie. Tak miało być. Z takim myśleniem wjeżdżałam na salę operacyjną. Ale nagle okazało się, że nie posiadam błyskawicznego zamka.

O “Dniu Wydobycia” czytałam jeszcze zanim zdecydowałam się na drugie dziecko. Dwa obozy matek wiecznie się licytujących, biorących udział w jakiś chorych, pieprzonych zawodach, gdzie nie ma wprawdzie medalu żadnego, ale jest “chwilowy triumf” nad inną, zupełnie sobie obcą kobietą.

Alicia napisała: “skurcze, parcie, wysiłek, ból, wyczerpaniem, wydanie na świat dziecka własnymi siłami” – to jej definicja porodu. Z tych 6 czynników w cesarskim cięciu nie spełniłam dwóch – nie parłam i nie wydałam na świat dziecka własnymi siłami. I po wybudzeniu z narkozy nikt nie szczędził leków – szybko podłączono mnie pod morfinę, bo ból jaki mi towarzyszył zapierał dech w piersiach. Dodatkowo cała się trzęsłam i patrzyłam ze strachem w oczach na wymiotującą obok mnie kobietę. Ja myślałam, że jak zacznę wymiotować, to rozerwie mnie w pół.

Cesarskie cięcie to zabieg chirurgiczny. Dość poważny. Polega na rozcięciu powłok brzusznych i macicy. A lista potencjalnych skutków głównie dla matki jest zatrważająca. Babrająca się rana to tylko jedno z wielu najczęstszych powikłań. Dochodzą do tego często bóle głowy, kręgosłupa po znieczuleniu. Mnie próbowano znieczulić trzy razy w kręgosłup. Przez pierwsze dwa tygodnie mąż często musiał mi podawać rękę, żebym usiadła, bo najnormalniej w świecie nie mogłam się podnieść, nie dlatego, że rwało mnie na dole, ale dlatego, że dostawałam jakiś “pseudo paraliż” – lub coś podobnego, co uniemożliwiało mi siad. Tak jakbym nagle nie mogła wykonać tej czynności. Minęło mi po jakimś czasie.

Mnie  cesarka mocno rozczarowała. A pamiętam moje podejście do niej. Rozczarował mnie ten ból, to całe dochodzenie do siebie. To, że nagle zostałam wyłączona z normalnego funkcjonowania. Stałam się więźniem własnego ciała, którego nie mogłam w żaden możliwy sposób namówić do współpracy. Każdy krok powodował ból, każdy siad tak samo, potrzebowałam ogromnej siły woli, żeby wstać z łóżka. Przez pierwsze 48 godzin dowożono mnie do dziecka na wózku, po 48 godzin odważyłam się pójść sama, ale gdzieś w połowie trasy miałam ochotę się rozryczeć. Z bólu którego miało nie być. Z powodu tej “drogi na skróty” … Kiedy dostałam Cesarza z neonatologii byłam jeszcze bardziej przerażona. Sama ledwie dawałam sobie radę a co dopiero z oseskiem, który od tego momentu miał być zależy tylko ode mnie. Przecież będzie wymagał karmień, przewijania, opieki w nocy/dzień. Zapytałam wtedy położne, czy mi pomogą. Byłam jak dziecko, które zgubiło się w lesie ale bało się zapytać o drogę. Ja się bałam odmowy, tego, że usłyszę, że one nie od tego tu są, że mam sobie radzić sama. Na szczęście nikt tak nie powiedział. Ja sobie dałam radę. Całą noc byłam “zmuszona” nosić Stasia. Chyba sama potrzebowałam tej bliskości. Następnego dnia nie poprosiłam już o leki. Zaczęłam coraz lepiej funkcjonować. Po 5 dniach wyszliśmy do domu. Po 10 byłam na baliku starszaka. Wciśnięta w krótką spódniczkę w rozmiarze 38 i butach na obcasie. Szybko się regeneruję. Jestem szczęściarą.

Minęło 8 miesięcy. Codziennie będąc pod prysznicem patrzę na blednącą kreskę. Jest cienka, równa, aktualnie już coraz mniej widoczna. Nigdy się nie babrała. Nie porobiły się zrosty. Nie odczuwam jej w ogóle, chociaz może czasem jakiś chwilowy dyskomfort. Znam jednak kobiety, które po roku od cesarki nadal mają problemy z blizną. Boli, rwie. Piecze. Sa takie, które musiały być ponownie zszyte i takie, które wydają bajońskie sumy na fizjoterapeutów, którzy pomagają im dojść do stanu normalnego funkcjonowania. Ale o tym sie nie mówi. Mówi się o cholernie trudnych porodach naturalnych, o powikłaniach tychże porodów, o tym, że cesarka jest ucieczką do świata fantazji o porodzie na miarę XXI wieku – bezbolesnego, bez komplikacji, bez problemów. Nie mówi się o tym, że to operacja, niosącą całe gro powikłań pooperacyjnych. Wzrasta też czterokrotnie ryzyko zgonu matki.

I ja sobie nie pochlebiam. Mnie po prostu zdziwiła cesarka i jej ból “po”.

Pamiętam jak 8 lat wcześniej myślałam, że nie ma nic gorszego niż ból porodowy. Bez znieczulenia, dziecko ułożono miednicowo. Mój mąż nie mógł pojąć skali bólu jaki przeżywa kobieta, skoro nie czuje nawet momentu nacięcia krocza – na żywca przecież, bez nawet paracetamolu w tle. Jemu nie mieściło się w to w głowie, ja z kolei długo nie mogłam po tym dojść do siebie. Psychicznie. Fizycznie już biegałam na kolejny dzień. W dniu porodu przy pierwszym wstaniu zemdlałam. Ale mówiono, że tak będzie, tylko ja myślałam, że jestem niezniszczalna. Mój organizm sam się zbuntował. Potem, kiedy mąż pojechał poprosiłam o “coś żeby zasnąć”. Nikt o nic nie pytał. Byłam jedyną kobietą, która nie miała przy sobie dziecka i brzucha. Nie rozmawiałam z tamtymi kobietami, nie miałam o czym. One miały przy sobie dzieci, opowiadały o wyprawce, ja … nie wiedziałam czy kiedykolwiek będę tę wyprawkę kompletować. Psychika siada. Zapewniam.

8 lat później leżałam na tym samym pokoju – dokładnie na tym samym! – znowu bez brzucha i bez dziecka. Ironia losu … Ale ktoś pomyślał i rozdzielił kobiety mające dzieci/ciężarne z tymi, które szczęśliwie mają te dzieci przy sobie. Dopiero po dwóch dniach wszystko się poplątało, ale ja sama dostałam dziecko do siebie na dół. Tym razem byłam jedną z tych, które miały skompletowaną wyprawkę, dziecko przy sobie. Byłam szczęśliwia. Tak bardzo, bardzo szczęśliwa. Mimo faktu, że jednego dnia ktoś podjął decyzję, że przerywa moją ciążę.JUŻ. I poród naturalny nie wchodził w grę. Staszek mógłby tego nie przeżyć. Mieliśmy cesarkę ratującą ludzkie życie. Życie moje dziecko. Choć przecież na początku ciąży mówiłam mężowi, że chcę cesarkę na życzenie, bo panicznie wręcz bałam się porodu naturalnego, który mienił mi się jako rzeź. Rzeźnią z kolei było to, co przeżyłam przy cesarce, a może i po. W końcu to tu przecięto mi bebechy i wyciągnięto dziecko, a potem pozeszywano. A potem … potem miałam po tej operacji funkcjonować. I był ból. Którego ponoć nie ma. Bo to przecież “15 minut i po sprawie”.

Jeżeli uważasz się “lepszą matką” lub po prostu uważasz, że masz prawo do licytowania się kto przeżył więcej, a kto mniej, kto jest bardziej “doświadczony” kto mniej, kto ma prawo mówić o bólu, a kto nie, jeżeli patrzysz z pogardą na matki po cesarce, bo tobie się coś wydaje, a to tylko Ci się wydaje, jeżeli ciągle uważasz, że tylko Ty masz prawo do tego by mówić o porodzie jako heroicznym wyczynie, a matki po cesarce powinny skulić ogony i “nie pochlebiać sobie” – to wiedz, że jesteś głupcem. Głupcem.

 

Jeżeli nadal nie rozumiecie czym jest cesarka i jak bardzo jest “drogą na skróty” – zapraszam do obejrzenia sobie filmu. 10 minutowego. Wypowiada się w nim profesor Krzysztof Szymanowski. Prowadzący moją ciążę numer dwa, którą przerwał cięciem w 35 tygodniu.

 

 

KOMENTARZE (3)

  • Iza
    Wrz 15, 2017., 22:32 • Odpowiedz

    Znam ten ból:( a znieczulenie próbowali mi podać uwaga 10 razu( mam skrzywienie kręgosłupa) za 10 tym się udało a straszył już znieczuleniem ogolnym

  • Sandra
    Wrz 18, 2017., 09:18 • Odpowiedz

    U mnie nikt nie odwazyl sie wygarnac mi, ze cc to nie porod, i ze co ja tam moge wiedziec, ale kilka osob na wiesc o tym wzdechnelo: "ooo, to fajnie"... tak, bardzo fajnie, pomyslalam :/ Moj porod zaczal sie za wczesnie, corce brakowalo tak naprawde 2 dni do tego aby uznac, ze ciaza jest donoszona, ale w obrazie usg wiek ciazy wskazywal na 35 tydzien, dziecko male, hipotroficzne, zachodzily pytania czy wiek ciazy aby na pewno zostal dobrze obliczony, moze owulacja byla pozniej? Moze dziecko nie jest zdolne do tego aby wziac swoj pierwszy samodzielny oddech? Wody saczyly sie 2 doby, podawano mi antybiotyki, sterydy na dojrzewanie pluc dziecka, kroplowki nawadniajace, robili wszystko zeby przeciagnac to, co juz sie zaczelo... lezalam plackiem bo pecherz plodowy byl przeciez przerwany i bylo ryzyko wypadniecia pepowiny lub raczki pod wplywem grawitacji... nie spalam w ogole, bo ekscytacja tym, ze juz niedlugo urodzi sie moje pierwsze dlugo wyczekiwane dziecko, bo strach przed tym czy to nie za wczesnie, bo momentami bol... balam sie tez porodu, ale powtatrzalam sobie jak mantre, ze tyle kobiet urodzilo to ja tez dam rade, jestem dzielna, jestem bohaterka... po 40 godzinach w koncu ruszyla lawina zdarzen, ktorych nikt juz nie byl w stanie zatrzymac, pojawily sie regularne skurcze... nie ma co sie oklamywac, bolalo jak cholera, czulam, ze mnie zaraz rozerwie, trwalo to i trwalo, moj organizm chyba powiedzial w koncu dosc, bylam wykonczona, bolem i brakiem snu, dostalam drgawek i slablam, dziecko zatrzymalo sie w kanale rodnym, porod nie postepowal, stwierdzono dystocje szyjkowa, zapadla decyzja o cc w trybie pilnym... a ja glupia powiedzialam wtedy "dzieki Bogu"... szybko potem odszczekalam te slowa i skonczyl sie moj heroizm, bo bardzo rozczarowal mnie ten bol "po"... zanim sama tego nie doswiadczylam, rowniez myslalam, ze cc to droga na skroty bo przeciez kobiety tego pragna, robia cc na zadanie zeby tylko uniknac boli porodowych... ach, przeciez nie raz przecielam sobie skore, bolalo chwile, szybko sie zagoilo... tylko, ze cc to nie rana samej skory, to tez przeciete w poprzek miesnie uniemozliwiajace podniesienie sie... pionizacja wiec byla straszna, potem nie bylo wcale lepiej, pamietam jak wpadlam w lozko (nie wiem, kto do cholery wymyslil takie wysokie lozka szpitalne!!!) i nie umialam wstac, ani bokiem ani tylem, przodem nie bylo mowy i plakalam, prosilam zeby ktos zagladnal do mojej sali i mi pomogl bo bylo mi wstyd krzyczec na caly oddzial... dziewczyny po porodzie fizjologicznym mialy umyte wlosy, moje byly tluste i smierdzace, one paradowaly z wozkami po korytarzu i sie smialy, mi nie bylo do smiechu, mialam tez nieprzyjemnosc kaszlnac, myslalam, ze mnie rozerwie... nikt glosno nie mowi o potrzebach fizjologicznych, ale powiedzmy sobie szczerze, zalatwic sie po prostu nie dalo bo bol towarzyszacy parciu skutecznie to uniemozliwial, lekarze zagrozili mi, ze nie wypuszcza mnie do domu jezeli sie nie zalatwie, odkorkowalo mnie po 4 kefirze... robilam wszystko zeby uciekac do domu i zeby miec oparcie w mezu, marzylam aby ktos pomagal mi chociaz wstac z lozka, zeby taka banalna czynnosc wreszcie nie konczyla sie placzem... polozna powiedziala mi, ze jak bede szla do pracowni usg to mam isc wyprostowana i nie dawac oznak bolu, bo mnie nie wypuszcza do domu, wiec zacisnelam zeby, ale jak lekarz przycisnal mi do brzucha glowice, lzy mi polecialy jak grochy, powiedzial wtedy: "oooo jak tak boli, to jeszcze dobe pani zostanie", ale zganilam to na emocje, ze to lzy szczescia i nie boli wcale (buahahaha)... corka byla malenka, ale zdrowa i silna, dostala 10 pkt, nie miala zoltaczki i poszlysmy do domu ostatecznie w 5 dobie po operacji... w domu bylo lepiej, niskie lozko, pomoc na ktora liczylam, ale z bolem walczylam jeszcze kilka miesiecy po, bo w ranie zebrala sie krew i plyny, zrobily sie wielkie guzy, ktore porozrywaly mnie na nowo, zaczely sie wycieczki na izbe przyjec i zagrozenie, ze beda otwierac mnie na nowo a ja na sama mysl slablam, w koncu zaczelo sie to wchlaniac i bol powoli ustepowal... marzymy o drugim dziecku, wiem co mnie czeka, boje sie kolejnej cesarki jak ognia i teraz powtarzam nastepna mantre: "ze ponoc rekonwalescencja po 2 cesarce jest szybsza", mam tylko nadzieje, ze znow sie nie rozczaruje ;) no i przy nastepnym razie od progu krzycze: "prosze o dreny!" ;)

  • Natalia
    Paź 24, 2017., 17:52 • Odpowiedz

    Ja to sie czasami czuję jak czytam Twego bloga jakbym pisala o sobie. Tez dwa wczesniaki tylko odwrotna kolejnosc pierwszy 35 drugi 29. Dwaj chlopcy, Polna, lezenie bez dzieci., pierwszy porod naturalny,, drugi cesarka. Odczucia mega podobne i wiek dzieci 9 lat i urodzeniowe 10 miesiecy( koryg7). Swietnie piszesz i co niejednym wiele rzeczy uswiadamiasz.dzieki!

ZOSTAW KOMENTARZ

loading
×