2.0 przychodzi na świat.

3.01 dokładnie o  8:24 na świat przyszedł Staś. W rekompensacie za brata miał krzyczeć, dostać 10 punktów i przybyć w minimum 37 tygodniu na świat. Ale coś poszło nie tak. Coś, czego finał byłby tragiczny w skutkach, gdyby nie decyzja jednego lekarza, aby jak najszybciej to przerwać. Równy miesiąc przed terminem.

Drugi dzień świąt. Budzę się w co chwilę w nocy. Mylnie interpretuje to jako “obżarstwo” świąteczne i dzielnie trzymam się w tym przekonaniu do rana. Rano wiem, że coś jest nie tak. Mam skurcze co 15 minut, mój lekarz każe mi pilnie jechać do kliniki. Według niego zatrzymają skurcze, mają na to swoje metody, maks trzy dni w szpitalu, mam się nie stresować, poza tym to już jakby co 34 tydzień. Damy radę. Godzinę później jestem już na Izbie Przyjęć w klinice na Polnej.

 

“KTG NIC NIE WYKAZUJE, CHCE PANI ZOSTAĆ NA OBSERWACJI?” 

Szyjka się skróciła, ale nie było rozwarcia. KTG nie wykazało nic. Mimo iż w międzyczasie wydawało mi się, że ewidentnie były dwa skurcze. Przekonana, że chyba jednak “spanikowałam”, zadano mi pytanie, czy zostaje na obserwacji, czy chcę jechać do domu. Perspektywa powrotu do domu była silna, ale PT z lekarką przekonali, że może się “coś” zacząć dziać i skoro nie jesteśmy z Poznania lepiej poobserwować te 3 doby i wrócić do domu. Chwilę potem byłam kierowana na oddział. Cudowny oddział, pełen życzliwych ludzi. To tu po standardowym badaniu moczu i krwi okazało się, że badanie moczu nie jest prawidłowe i wylądowałam na antybiotyku. Żyłam więc przekonana, że poznaliśmy sprawcę mojego bólu podbrzusza i po antybiotykoterapii wrócimy do domu. Ale to był dopiero początek.

 

“KIERUJEMY PANIĄ NA PORODÓWKĘ”.

Wieczorem tego samego dnia zostałam podłączona pod KTG. Standard w szpitalu. Czytałam książkę, owszem, czułam to co rano, ale ponieważ rano KTG nic nie wykazało, nawet nie patrzyłam co się tam rysuje. Po 10 minutach zapisu usłyszałam zdziwiony głos położnej: “Boże. Co to jest dziewczyno?!”. Skurcz za skurczem. Uśmiecham się: “No widzi pani, czyli to jednak skurcze! Chyba mieliście zepsute KTG na dole“. Mi jeszcze było “wesoło”. Mam wysoki próg bólu. Zresztą – przecież mają swoje metody, zatrzymają to. Po dwóch godzinach przebieram się w “białą szmatkę” porodową i ląduję w miejscu cudów, wyczekując własny. Z nadzieją, że ktoś to zatrzyma, bo nadal jest trochę za wcześnie … Skurcze zaczynają się rysować co 3 minuty, zostaję poinformowana, że nikt tego nie będzie zatrzymywał, jeżeli akcja się dalej będzie rozwijać tak jak teraz. O 1 w nocy dołącza do mnie PT. Ciągle mam wrażenie, że to jakiś kiepski żart od losu. Niedaleko mnie rozbrzmiewają na zmianę dwa krzyki – rodzących i tych narodzonych. Zaczyna mnie to przerażać. Po raz pierwszy mówię do PT ze łzami w oczach: “Boję się kurwa jego mać”.

 

“WSZYSTKO SIĘ WYCISZYŁO, ALE PANIĄ ZOSTAWIAMY NA OBSERWACJI”.

Po kilku godzinach skurczy, zaproponowaniu mi dolarganu (odmówiłam), jakimś tam minimalnym rozwarciu zostaje podjęta decyzja, że wracam na oddział,po wcześniejszym zbadaniu przepływów, bo tętno Młodocianego w brzuchu też im się średnio podobało. Jakaś położna, która przyszła rano, po przyjrzeniu się wszystkiemu machnęła ręką i powiedział, że jak tu się coś zacznie na całego to dopiero popołudniu. Proponuję PT jechać do domu, sama padam na twarz mówiąc do położnej, że jak mi powiedzą, że mam rodzić po takiej nocce to ich wyśmieje, bo ja nie mam siły reką ruszyć, a co dopiero przeć. “Kobiety są silne, da pani radę” – słyszę. Ktoś tam mówi, że skurcze mogły być spowodowane infekcją dróg moczowych i po prostu antybiotyk zadziałał. Chillout – myślę sobie, zbyt naiwnie. Wtedy zbyt naiwnie.

 

“BYLE DO NOWEGO ROKU!”.

Zaczęło być coraz mniej ciekawie. Mały miał spore deceleracje. KTG wiele razy dziennie, czasem dodatkowe, kilkugodzinne. Co drugi dzień przepływy. W pewnym momencie byłam wykończona psychicznie. Trudno było określić, czy ciąża będzie trwała jeszcze dwa dni, czy może 3 tygodnie. Niepewność miażdżyła. Miałam cel – dobić do nowego roku, choć w głębi serca miałam wrażenie, że ten cały koszmar mógłby dobiec końca jeszcze w roki 2016. Pewnego dnia okazało się, że przepływy też nie są do końca prawidłowe. Monitorowanie na najwyzszym poziomie. Brak decyzji o przerwaniu ciąży, ale ciągłe zapewnienie, że mam się szykować na cesarkę w każdej chwili. Poród naturalny nie wchodził w grę. Sylwestra spędziłam w klinice. Po północy odetchnęłam. Dwa dni później została podjęła decyzja – przerywamy to.

 

“JUTRO ZOSTANIE WYKONANE CESARSKIE CIĘCIE”.

Na rannym obchodzie, sztab lekarzy poinformował mnie, że zostaję z nimi już do samego końca i będą starali się przetrzymać ciążę jeszcze ten tydzień, a jak się uda dwa. Dociera do mnie, że zostały nam “DWA TYGODNIE MAKSYMALNIE” i przerażenie sięgnęło zenitu. JUŻ dwa tygodnie, TYLKO dwa tygodnie. Chwila – mam ochotę krzyczeć – przecież ja dopiero robiłam test ciążowy! 

Godzinę później, przyszła pielęgniarka prosząc mnie na badania. “Jakie badania?” – pytam – “Dzisiaj nie miało być żadnych badań!“. Wchodzę do gabinetu. Są tam Ci sami lekarze co rano, z jakimiś innymi, mniej uśmiechniętymi minami niż na obchodzie. Ale obok nich stoi ktoś jeszcze. Nasz Anioł Stróż z całym plikiem moich KTG i miną, która nie wróżyła nic dobrego. Jakoś podświadomie poczułam, że coś jest nie tak. Dopiero po porodzie przyznał: “Gdybym widział to KTG wcześniej, podjąłbym decyzję o przerwaniu ciąży jeszcze w starym roku, do końca nie byłem pewien, czy tniemy w odpowiednim momencie”. 

Badają mnie, coś tłumaczą – już dzisiaj nie pamiętam co – pamiętam tylko, że zadałam pytanie: “Czyli na pewno nie ma szans na poród naturalny?” i wtedy  odezwał się nasz Anioł Stróż i powiedział: “Nie pani Noemi. My tę ciążę będziemy przerywać wcześniej”. “A wiadomo mniej więcej kiedy?“. Chwila  ciszy. “Tak. Jutro.  Ale jak zobaczę jeszcze jedno takie KTG będziemy przerywać to jeszcze dzisiaj“.

 

“TO NIE TAK MIAŁO BYĆ …”.

Usiadłam na kozetce. Z wrażenia. Przetwarzałam słowa. Ktoś mówił, że dostanę papiery do podpisania,że wyrażam zgodę na przedwczesne przerwanie ciąży. Ktoś inny tłumaczył, że dalsze prowadzenie tej ciąży może doprowadzić do obumarcia płodu. Zanim wybucham płaczem udaje mi się wykrztusić: “Ale to dopiero 35 tydzień!“, ktoś odpowiada: “Kto jak kto, ale Pani wie doskonale, że to aż 35 tydzień”. Pozwalają się wypłakać. Emocje biorą górę. Zaczynam się bać. Podpisuje papiery godzinę później i widzę tylko ten mrożący krew w żyłach powód: “ryzyko obumarcia płodu”. Już sama nie wiem co myśleć. Pytam kilkakrotnie: “czy on przyjdzie na świat zdrowy?!“. Wszystko dzieje się za szybko. Mam świadomość, że zostało mi ostatnie około 18 godzin  ciąży.

 

“2.0 PRZYCHODZI NA ŚWIAT”.

Rano szybki prysznic, podłączenie pod  kroplówkę, przebranie w koszulę do operacji. Jestem pierwsza do cięcia, tak zadecydował mój Anioł Stróż. Widział 2.0 od momentu, kiedy był małą kropką, będzie pierwszym, który zobaczy go po drugiej stronie wszechświata. Jest wtorek, 3.01 przed godziną 8. Zabierają mnie na salę operacyjną. Patrzę na PT, łzy same ciekną. “Będzie dobrze” – słyszę. Wierzę w to bardzo mocno. Na sali operacyjnej wita mnie mój lekarz. Uśmiecha się. Widzę jak przygotowują kocyk. W misie. “Będę słyszała jego pierwszy krzyk” – to mnie jakoś pociesza. Chwilę potem jednak wpadam w histerię. Nie wiem do dzisiaj dlaczego. Podejmują decyzję o narkozie. O 8:24 wyciągają Stasia. Stasia do którego doszła narkoza. Stasia, który nie krzyczał, właściwie nie wykazywał prawie żadnych czynności życiowych. Dostał 1 cholerny punkt za … serce. Został zaintubowany i trafił na Intensywną Terapię. Jak ja. Do momentu przebudzenia.

 

“CO Z DZIECKIEM?!”

Budzę się. Kiwam głową na słowa: “słyszy mnie pani?“, próbuję otworzyć oczy, zadaje pytanie nie moim głosem: “Co z dzieckiem?” ktoś odpowiada jakby z oddali: “nie wiemy“. Czuję tylko ból, podłączają mi morfinę. Dostaję telefon: “Tylko się kochanie nie denerwuj” – niezły początek – “Mały jest na Intensywnej Terapii, dostał 1 punkt, ale …” – mam wrażenie, że nie słyszę ciągu dalszego. Dlaczego?! Mam ochotę krzyczeć. PT tłumaczy: “Mały wraca już do siebie, odłączyli go od respiratora. Zaraz będą go przenosić już na Opiekę Pośrednią“. Opieka Pośrednia, Intensywna Terapia – nie, nie, nie – mam nadzieję, że to efekt narkozy i jakiś koszmar z którego się zaraz obudzę i zobaczę pięknego, różowiutkiego, krzyczącego w niebogłosy bobasa. Tylko ja się nie budzę. To wszystko dzieje się naprawdę.

 

“NIE WSTANĘ K….”

Po 7 godzinach leżenia plackiem, już na oddziale położniczym, po raz kolejny bez dziecka i brzucha, z emocjonalnym rollercoasterem – położna zapytała,czy mam ochotę wstać. Że może uda się abym jeszcze dzisiaj podjechała wózkiem  do dziecka. Miałam motywację. Gdyby nie ona, chyba do dzisiaj bym nie wstała. Byłam uwalona od krwi, wkładki przeciekały ciurkiem, czułam się brudna, obolała. Podłączono mi kroplówkę przeciwbólową. Nie przestało dużo mniej boleć, ale musiałam zacisnąć zęby. Spojrzałam na PT: “Nie no, nie dam rady, przecież to boli jak ch…”. Przekręcenie się na bok, aby spróbować usiąść nie zapomnę do dzisiaj. Miałam wrażenie, że umrę. “Niech mi ktoś powie, że cesarka to droga na skróty to zabiję!” syczałam. Miałam wrażenie, że siadam w nieskończoność. A potem wstałam. Zobaczyłam chyba cały gwiazdozbiór przed oczami, ból paraliżował, chlusnęło krwią, PT się wystraszył, że dostałam krwotoku, ja właśnie pozbyłam się jedynych kapci jakie miałam. “A teraz się prostujemy” – tłumaczyła położna – “i robimy pierwszy krok“. Miałam ochotę się wydrzeć: “No chyba nie!”. Myślałam,że mnie rozerwie od środka. W głowie miałam tylko ten jeden, jedyny argument: “pójdziesz do Stasia“. No to poszłam. Prowadzona wprawdzie przez dwie osoby,bo w głowie miałam hula-hop i czułam się jakbym wypiła z pół litra whisky, ale dałam radę. Prysznic był wybawieniem.

 

“PIERWSZE SPOTKANIE”.

Zawieziono mnie do Stasia. Wspomnienia wróciły. Znowu to piętro, znowu ten oddział, znowu ten płyn do dezynfekcji, znowu coś poszło nie tak. Znowu ta cholerna niesprawiedliwość od losu. “Nie rycz babo, Twojemu dziecku nic nie jest, to tam, na tym innym oddziale są powody do płaczu, Ty jesteś tym razem tą szczęściarą, której dziecko tylko obserwują”. Przed drzwiami z napisem “Opieka Pośrednia” wstałam z wózka i krok za krokiem podeszłam do niego. W skarpetkach, bez butów … Bolało jak diabli. Spał. Był taki piękny, taki mój. Chwilę potem przytulałam mój własny, prywatny cud. Osłabiona po cc, blada jak ściana, ale szczęśliwa. “Przyjadę o 20 na karmienie” – obiecałam. Tylko nie moim mlekiem. Ja własnego jeszcze nie miałam. Czułam wewnętrzną porażkę. Ale o mojej laktacyjnej ścieżce w innym poście.

 

“RODZIĆ PO LUDZKU”.

Na porodówce, w drugi dzień świąt był spokój. Namacalny spokój. Uśmiechnięci lekarze, fajna położna. Nikt nie biegał, nie krzyczał, nie miał pretensji. Udzielano nam informacji na bieżąco jakie są rokowania. Na oddziale ODO (pozdrowienia! gorące!!!) mieliśmy najcudowniejszą opiekę na świecie. Nawet jak jechaliśmy już do domu z oddziału położniczego, poszliśmy podziękować właśnie tam za opiekę. Dwie cudowne położne wyszły i uśmiechnięte powiedziały: “Przyjechali ze Stachem!“. To była chyba najbardziej zgrana ekipa położnych na świecie. Na oddziale położniczym była pomoc, był również spokój, nawet raz o 3 nad ranem pani położna pomogła mi nakarmić Stasia, kiedy ja już nie wiedziałam na oczy. Żadnych pretensji, żadnych chamskich komentarzy. Pełne zaangażowanie. I dobre obiady. Tak w sumie powinno być wszędzie. Plus po cc leki przeciwbólowe na życzenie. Po tym jak dostałam Stasia, przestałam ich potrzebować. Tak mnie wyprostował pierwszej nocy, że zaczęłam funkcjonować jak człowiek – nie jak przejechana walcem mysz. Ponoć również ożyłam po tym jak dostałam Stasia. Według mojego męża, który widział jak płakałam nad pustym laktatorem w rozczochranych włosach i z rozpoczynającym się niechybnie baby bluesem, który minął w oka mgnieniu.

A teraz wracam do zajęcia, które zajmuje 3/4 mojej doby. Kp. Moja największa duma.

KOMENTARZE (33)

  • Ania
    Sty 11, 2017., 16:23 • Odpowiedz

    Ryczę jak to czytam... dobrze, że wszystko dobrze się skończyło! Stasiu niech zdrowo rośnie, a Ty ciesz się tym, że masz już wszystkich koło siebie :)

  • Agnieszka
    Sty 11, 2017., 16:23 • Odpowiedz

    Nie wiem czy to był dobry pomysł aby przeczytać ten wpis dwa tygodnie przed terminem porodu bo boli mnie wszystko i jestem przerażona.. przy tym cała ta historia wywołała u mnie dreszcze na sama myśl co przechodziłas w tym szpitalu. Jestem pod wrażeniem Twojej determinacji i mega szczęśliwa ze dzisiaj to wszystko mozna nazwać Happy endem

  • Niki
    Sty 11, 2017., 16:34 • Odpowiedz

    Popłakałam się. Serio. Chyba nie powinnam czytać historii porodowych będąc w ciąży, bo za dużo emocji kosztują, ale Ty, Jasiu i Stasiu dajecie taką wiarę w to, że będzie dobrze, że musi być. Uwielbiam Was.

  • Paulina
    Sty 11, 2017., 16:38 • Odpowiedz

    Witam. Pięknie napisane. Właśnie przypomniałaś mi o mojej cc. A dokładniej to jak się czułam po. Dobrze, że piszesz ten tekst tak szybko po porodzie bo za miesiąc, dwa lub 10 (miesiecy) jak w moim przypadku. Już się o tym nie myśli, wypiera się ten ból. Pamięta się pierwsze chwilę z dzieckiem, jego zapach, nieporadny grymas na twarzy. Rozpamietuje delikatność, bezbronność, czystość :-) Pozdrawiam :-)

  • moni
    Sty 11, 2017., 16:43 • Odpowiedz

    no i się poryczałam...mam bardzo podobne odczucia do twoich po mojej ostatniej cesarce na szybko :( ale powiem ci że nie pamiętam bólu, dopiero na 2 dzień zaczęło pobolewać jak odłączyli mnie od morfiny, ale paracetamol dawał radę :) najgorzej z tego wspominam wyciągnięcie drenu, myślałam że umrę :(

  • Patka
    Sty 11, 2017., 16:44 • Odpowiedz

    Ryczę jak bóbr. Właśnie walczymy o każdy dzień próbując je poskładać w kolejne tygodnie. W święta przeżyłam to samo co Ty, ale będąc dopiero w 25 tygodniu. Też myślałam, że to obżarstwo... Leżę, śledzę Was codziennie. Czekałam na tą relację. Mam dotrwać chociaż do 34 tygodnia. Ponoć mało prawdopodobne, ale ja wierzę, że nam się uda. Pozdrawiam!

  • Monika
    Sty 11, 2017., 16:58 • Odpowiedz

    Jak często udaję Ci się doprowadzić mnie do łez. Dobrze że ta historia ma szczęśliwe zakończenie! W jednej chwili wróciły wszystkie moje wspomnienia. Chociaż spotkałam się tam z różnym podjeściem lekarzy i położnych to Twój wpis przypomniał mi jak położne z PGII pomagały mi rozbujać moją laktację. W nocy pomagały odciągać te cenne ml mleka. A dla Was zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia.

  • Ania
    Sty 11, 2017., 17:02 • Odpowiedz

    Noemi, pisałam kiedyś, że nie czułam tego strachu, rodziłam w 42 tygodniu ciąży. Rozumiem jednak strach o Malucha i, jak poprzedniczki, też się rozpłakałam. Cieszę się, że wszystko jest dobrze! Niech Stachu rośnie zdrowy! ;-)

  • Meg
    Sty 11, 2017., 17:07 • Odpowiedz

    Pobeczałam się też,zwłaszcza,ze niedawno i ja rodziłam.Dobrze,że już na prostek,przytulamy Was!

  • Paulina
    Sty 11, 2017., 17:47 • Odpowiedz

    Ja tez poryczana i też nie powinnam tego czytać, jestem w 35 tygodniu ciąży i za niecały tydzień dowiem się czy nie będę miała wcześniejszej cesarki bo córeczka jest za mała, a cesarki boję się strasznie. Tobie i Stasiowi gratuluję z całego serca! Cieszcie się sobą i całą rodzinką.

  • Kasia
    Sty 11, 2017., 18:08 • Odpowiedz

    muszę przyznać że Twoja historia bardzo przypomina mi moją ale w 40 tyg. ciąży. W szpitalu na niby obserwacji cisza i spokój. Nagle złe KTG, póżniej złe dopplery... cesarka oczywiście niechciana, pięć, PIĘĆ dni bez laktacji- oczywiście bez żadnego wsparcia podejrzewam że stres zrobił swoje. Do tej pory mam traumę i chce mi się wyć. Po cesarce 2 tygodnie wycięte z życia. a najgorsze jest to że w 37 tyg. miałam regularne skurcze, ale lekarka przyjmująca na izbie postanowiła podać mi magnez który wszystko zahamował i tak o mało skończyłoby się tragicznie. Naszczęście dziecko jest zdrowe :)

  • Kinga
    Sty 11, 2017., 18:09 • Odpowiedz

    Dzielni Wy! Gratulacje😊

  • Karola
    Sty 11, 2017., 18:31 • Odpowiedz

    Mimo wszystko cieszę się, że przeczytałam ten tekst...dotarło do mnie dlaczego nie mam dzieci...wiem, przykre to jest, uwielbiam dzieci, i ostatnio płakałam jak przyszedł @...ale teraz zrozumiałam, że Bóg wie co czyni, wie że tylko silni ludzie mogą przeżyć taką historię jak Twoja...Dobrze, że wszystko się dobrze skończyło :) pozdrawiam...

  • Marlena
    Sty 11, 2017., 18:32 • Odpowiedz

    Czytając Pani wpis wróciły wspomnienia mojego porodu. Też Polna, też święta i też zdecydowanie za wcześnie... 32 tydzień ciąży, strach, jedna wielka niewiadoma. Rodzisz. Nie rodzisz. Złe przepływy, ktg co chwila i w końcu decyzja - tniemy. Urodziłam piękną córeczkę 1140g :-) Dorotka - mój dar od Boga. Początki były trudne ale dla niej było warto. Niestety laktacji nie udało mi się utrzymać, dałam radę tylko 3 miesiące, żałuję bardzo. Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo zdrowia dla Was obojga :-)

  • Magda
    Sty 11, 2017., 18:58 • Odpowiedz

    Urodziłam 3 miesiące temu. Czytałam ten tekst z usypiajacym na klatce moim synkiem, szlochałam, a jednocześnie doceniłam to, że moglam chodzić w ciąży do 39tygodnia i wszystko było dobrze. Noemi życzę Wam samych cudownych chwil ! Trzymam kciuki za Twoje cycki, moje długo nie wytrzymały ale wierzę, że Tobie się uda !

  • Aska
    Sty 11, 2017., 19:11 • Odpowiedz

    Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Co prawda przy obydwu moich porodach nie było takich niebezpiecznych sytuacji zagrażających życiu ale i tak nie było idealnie żebym po przejściu na noworodków dostała od razu dziecko do pokoju. Przed drugim porodem od samego początku ciąży wmaeialam sobie, że tym razem wszystko się uda - urodze, dwie godziny razem na porodowce, potem cały czas razem w pokoju i maksymalnie w trzeciej dobie do domu. Gdy ZNOWU szłam sama do dziecka (za pierwszym razem to była tylko "obserwacja" za drugim intensywna terapia), ZNOWU siedziałam przez bite 4 dni dokładnie w tej samej sali co ostatnio i tylko patrzyłam jak pozostałe matki zajmują się swoimi dzieci to wyc mi się chciało. ZNOWU mogłam tylko kilka razy dziennie podejść o ustalonych porach do dziecka i zanieść mu odciągnąć mleko. ZNOWU nic nie wiedziałam, każdego dnia żyłam nadzieją że dostanę dziecko do pokoju... Na szczęście to za nami i chociaż chcemy mieć trzecie dziecko to cholernie boję się tego ZNOWU....

  • Paula
    Sty 11, 2017., 19:20 • Odpowiedz

    Październik 2008 - tak jakbym czytała o sobie. Też miałam cesarkę i wiem co czułaś. Nie wiem dlaczego kobiety same decydują się na cesarkę. Dla mnie to nadal trauma. Jak pierwszy raz wstałam i stanęłam w kałuży krwi to byłam przerażona, gdyby nie położna to na bank bym leżała w tej kałuży bo prawie zemdlałam. Mojego syna ratowali bo ułożył się w kanale rodnym twarzyczką w druga stronę (miał 4 punkty w pierwszej minucie). Byłam cięta pionowo. A ból- długo nie mogłam się pozbierać. Ten rozrywający od środka. Córkę urodziłam w 2013- gdy na teście zobaczyłam dwie kreski byłam przerażona-znów cesarka? Nie tylko nie to! Do końca ciąży byłam przez lekarza utwierdzona w przekonaniu że zakończy się cesarką. Było jednak inaczej. Lekarz który miał dyżur podjął decyzję że rodzimy naturalnie, to już kompletnie się nakręciłam. Ale jak ???? Poród jednak naturalny (choć inny lekarz był bardzo zdziwiony że tak się udało). Córka dostała 10 punktów. Mam porównanie. Gdybym miała urodzić kolejne dziecko (a nie planuję) to wybrałabym poród naturalny. Tamtej traumy już nigdy nic nie wymarze. Tego biegania całego personelu przy mnie gdy pojawiła się szybka decyzja cięcia, mojej paniki, strachu o dziecko i o siebie. Gratuluję ślicznych synów. Cieszcie się sobą. Dużo zdrówka, cierpliwości i snu.

  • Marta daft
    Sty 11, 2017., 19:57 • Odpowiedz

    Matulu stanęły mi obie moje cc przed oczami . Rycze jak walnieta ale dobrze że ci się udało . Gratulacje

  • Anula
    Sty 11, 2017., 20:05 • Odpowiedz

    Dużo zdrowia i silnej woli Noemi <3 Gratuluję!

  • Paulina
    Sty 11, 2017., 20:15 • Odpowiedz

    Gratuluję! :) Jestem mamą dziewczynki, również 35tc, poród przedwczesny w wyniku zabiegu wewnątrzmacicznego. Dzisiaj malutka ma 15 miesięcy, rozwija się 'normalnie' (jeśli można użyć takiego słowa). Gdy czytałam Twoje wpomnienia odżyły i moje... niestety ja nie karmiłam piersią, ale udało mi się odciagać pokarm przed 8 miesięcy. Mimo to i tak odczuwam porażkę na tym polu...mam nadzieję, że przy moim dziecku "2.0" z karmieniem pójdzie lepiej. Pozdrawiam!

  • kate
    Sty 11, 2017., 20:18 • Odpowiedz

    trafiłam przypadkiem tutaj. dokładnie 4 lata temu tj. 3 stycznia 2013 r. też przyszedł na świat mój drugi cud w 33 tygodniu. W sylwestra trafiłam na patologię z nadzieją że dotrwamy do terminu porodu. Rano 3 stycznia decyzja tniemy bo dziecko nie przeżyje do jutra. Zazdroszczę obecności męża przy Pani, ja po cesarce musiałam radzić sobie sama. Na oddziale zakaz odwiedzin, dostępny tylko pokój odwiedzin który i tak w okresie jesienno-zimowym jest nieczynny. Spędziłam z synem 2 tygodnie na położnictwie płacząc z tęsknąty za 3 latką która nie wiedziała co się dzieje. Męża oglądałam przez szklane drzwi jak za dawnych czasów

  • Matka po przejściach
    Sty 11, 2017., 20:56 • Odpowiedz

    Nie miałam jeszcze okazji, wiec SERDECZNIE GRATULUJĘ! Przesłodki synek. A historia bardzo, bardzo poruszająca! Ale najważniejsze, że mimo wszystko zakończyła się happy endem. Życzę sił, cierpliwości, jak najwięcej przespanych nocy i długiej drogi mlecznej!

  • Agnieszka
    Sty 11, 2017., 23:09 • Odpowiedz

    A ja stanę w obronie cesarski - mam na koncie dwie - ze względów medycznych, z czego pierwsza absolutnie nie planowana, druga z zaskoczenia - kilka dni przed wyznaczonym terminem. Bolało, to prawda, ale to ból do zniesienia, najważniejsze było, że dzieci piękne, zdrowe i silne - nic więcej się nie liczyło. Trzy doby w szpitalu i do domku o własnych siłach. U mnie nie było krwotokow, blizna w mig się zagoila, po dwóch dniach na długi spacer z dzidzią mogłam sobie pozwolić. Także wszystko kwestia organizmu i tego, komu co lepiej służy. Trzeciej cesarki nie balabym się już chyba wcale, gdyby przyszło mi wybierać i decydować. To tyle wywodów i zanudzania. Trzymam za Was kciuki. Ps. Też mam Jasia i Stasia . W naszym przypadku to mieszanka wybuchowa.

  • aga
    Sty 12, 2017., 08:27 • Odpowiedz

    Wzruszyłam się...nic więcej nie jestem w stanie napisać!

  • Basia
    Sty 12, 2017., 11:24 • Odpowiedz

    Na wstępie ogromne gratulacje! Podobnie jak większość ruszałam jak to czytałam. Obecnie mam dwóch synów. 1,5 rocznego i 4-latka. Ten drugi urodzony z ciąży bliźniaczej w 31 tygodniu. Straciliśmy córkę. Wiem jak tl jest walczyć o każdy dzień ciąży. Te wszystkie obawy i niepewność co będzie... druga ciąża pod ścisłą obserwacją też z komplikacjami ale odnoszona do 39+6tc. Cieszymy sie waszym szczęściem. Pozdrawiamy. Mama Filipa i Wojciecha

  • as
    Sty 12, 2017., 11:51 • Odpowiedz

    powstrzymuję łzy (czytam w pracy)

  • Kasia
    Sty 12, 2017., 15:51 • Odpowiedz

    Popłakałam sie tak po prostu na parkigu..Tez mialam cc wiem jaki to bol i wiem jak szybko mija kiedy widzisz maleństwo

  • xxxx
    Sty 12, 2017., 18:16 • Odpowiedz

    ciekawa jestem co to za anioł stróż z Polnej - jestem niemal pewna, że mój lekarz (nota bene też mój anioł stróż:)))). Mały cudny, historia nieciekawa, gratuluję kp ( i zazdroszczę jednocześnie). Dodam, że mój małżonek też dostał 1 punkt, o czym jego matka dowiedziała się dopiero ode mnie, kiedy wertowałam jego książeczkę zdrowia (dodam, że mąż piękny, bystry i wspaniały :))) pozdrawiam serdecznie.

    • Noemi Pawlak
      Sty 15, 2017., 17:32 • Odpowiedz

      Profesor Szymanowski. Gdybym zaszla w trzecia ciąże a on wyjechałby na drugi koniec Polski, ja jechałabym na wizyty za nim. Zaangażowanie, wsparcie po porodzie, a nawet odwiedzanie Stasia na neonatologii. To wszystko dawało wyjątkowe siły.

  • Katpon
    Sty 16, 2017., 13:16 • Odpowiedz

    łzy mi poleciały... ja na szczęście tak źle nie wspominam cesarki. Nie miałam tak strasznego bólu, dało sie wytrzymać. po 6 godzinach wstałam sama i podreptałam umyć twarz. nawet upierałam się, żeby wyjęli mi ten cholerny cewnik bo chciałam sama chodzić do wc, no i dziecko urodzone w 40 tc i 10 punktów więc perspektywa zupełnie inna.

  • Mi
    Sty 18, 2017., 20:29 • Odpowiedz

    Obrona cesarki? ;) fajnie. :) Zgadzam się z Agnieszką, że to kwestia organizmu i każdy inaczej reaguje na ból i inaczej się regeneruje. Też mam za sobą 2 cesarki, w tym pierwszą po 10h porodu naturalnego i po obu szybko doszłam do siebie. Ale, drugą miałam na polnej, też "wcześniak" w 36tc i po niej tak szybko doszłam do siebie, ze wszyscy byli pod wrażeniem a położna środowiskowa z dlugim stażem dodała, ze nigdy nie miała tak szybko wracającej do sił kobiety po cc. Jakieś czary na tej Polnej robią. ;) Jednak ja też wierze, że nastawienie i motywacja działają cuda. Gratuluję Stasia, fajny chlopak. :)

  • Justin
    Lut 19, 2017., 00:10 • Odpowiedz

    I znów się poryczałam-tym razem ze wzruszenia .GRATULACJE!!!

  • Kamila
    Mar 06, 2017., 11:57 • Odpowiedz

    Czytam I płaczę. Urodziłam Victorie w 37tc naturaalnie. Porod wywoływany przez te piekielną cholestaze ciazowa. Tez lezalam na sali bez dziecka, tez wchodzilam na. Ten piekielny oddzial, yeez dezynfwkowalam rece tym plynem I plakkalam nad pustym lakktatorem... Widok mallego cialkaa do ktprego podpiete sa te wszystkie aparatury byl czyms okropnym... wyczekana, wymazona.. calla ciaza przebieegala pomysllniex wszystkie badania... dostala 8 pkt apgat w pierwszej dobie w drugiej 10. 49cm I 2470g.. wigilie spedzilismy w szpitalu, ur. 21.12 Na dwa tygodni e przrd Twoim Stasiem. Porod? Nigdy nie doswiadczyłam takiego boku ale przede wszystkim strachu jak wtedy. Micne skurcze przez tabletki na wywolanie, wody z duza ikoscia krwi, brak rizwarcia, slabe tetno dziecka.. kropliwka majaca pomoc malej, jakies tabletki na p. Bokowe, 1cm rizwarcua, sztab lekarzy, rozwarcie 5 cm, problemy z tetbem, skurcz za skurczem, rozwarcie nadal 5, konieczne zzo bo mdleje z bolu, pol godziny zakladania zzo I sama nie wiem co bardziej bolalo zzo czy skurcze ale uparcie twierdze ze zzo, brak tetna dziecka 8 cm rozwarcia. Za pozno na cesarke, oksytocyna I decyzja. Rodzimy przy 8 cm rozwarcia. Porid wsponagany poprzez nacisk na brzuch. 3 skurcze I mala na swiecie. Nie placze, jest sina. Dostalam ja tylko na chwile I zabrali ja na intensywna... Niewiadomo dlaczego byl taki przebieg akcji w stode skonczy 11 tygidni. Jest calkowicie zdrowa. Smieje sie, dzwiga glowke, nawet dosc dlugo utrzymuje w powietrzu, a teraz czeka az przystawie ja do piersi. Choc historia inna jedno jest wspolne.. zakonczenie ;-)

ZOSTAW KOMENTARZ

loading
×