“Przestań drzeć tą gębę, matka zaraz przyjdzie”

Ja wiem, że to co teraz opiszę będzie nieprawdopodobne. Wiem, że część z Was nie uwierzy, a druga część – tak jak ja – będzie zszokowana. Przy tych historiach wsadzanie wcześniaków do kieszeni, by zrobić sobie “sweet” focie, to pączek do kawy. Dzisiaj o patologii na oddziałach neonatologicznych, kiedy na świat przychodzi wcześniak. Nie będzie miło.

Rodząc Jasia na Polnej w Poznaniu, miałam świadomość, że po pierwsze: rodzę go w najlepszym szpitalu w Wielkopolsce,a po drugie: nigdzie więcej nie ma w Wielkopolsce takich specjalistów, więc moje dziecko jest bezpieczne. Dałam temu szpitalowi całą pulę zaufania (nadszarpniętego już kilka pięter niżej na patologii ciąży) i tej puli nigdy nie musiałam zmniejszać. Przypominam sobie tylko jedną sytuację, w której wchodząc na oddział (już Pośredni) znalazłam płaczącego Jaśka, a obok dwójkę innych również zalanych łzami dzieci. Pielęgniarki piły kawę. Co poczułam? Złość. Najprawdziwszą. Wiedząc, że do niektórych dzieci rodzice przyjeżdżają co drugi dzień, lub dwa razy w tygodniu i to nie dlatego, że mniej kochają dzieci, ale dlatego, że sytuacja im nie pozwala, bo mieszkają wiele kilometrów dalej (i nie 50 jak ja, ale nawet 200 km), mając w domu jeszcze starsze dzieci, lub finanse ograniczały. I nie chodzi oto, że miały te dzieci nosić, bujać (czyli to co robi rodzic w domu), ale podejść i uspokoić. Nie wyobrażam więc sobie sytuacji, w której bałabym się zostawiać dziecko w szpitalu. A takie szpitale w Polsce są.

Na Śląsku rodzi się najwięcej wcześniaków, o czym pisałam w “10 faktów o wcześniactwie”. Nikogo zatem nie zdziwi, że na Śląsku jest szpital, który ratuje skrajnie niedojrzałe do życia noworodki. Za jaką cenę i w jakich warunkach?

ja też tam przeżyłam horror,2,5 mies. leżałam z synem na patologii noworodka (po pobycie przyszedł mi rachunek za pobyt ponad 1000zł.bo to szpital gdzie rodzic płaci za łóżko przy chorym dziecku)nosiłam mleko i krew mnie zalewała jak było wylewane-a kiedyś usłyszałam tekst że to przez to WASZE MLEKO tak sie drą bo się nażarły…niewiadomo czego-ogólnie wszystkiemu winni zawsze byli rodzice!

To nie wszystko. W papierach matki twierdzą, że często mają “zakażenie wewnątrzmaciczne”. W ten sposób wszelkie powikłania można zwalić na … matkę, która traktowana jest tam jak zgniłe jajo, które tylko przeszkadza. Matki twierdzą, że badania przed porodem nie wykazywały żadnych bakterii.

“ja również na wypisie miałam zakażenie wewnątrzmaciczne, chociaż wszystkie posiewy wykonane w poprzednim szpitalu zaraz po porodzie, jak również wskaźniki stanu zapalnego były ujemne.”

Opisywanie tego na onecie, gazecie itp. nie przynosiło żadnych skutków, bo komentarze szybko znikały.

Po śmierci synka codziennie opisywałam zaniedbania i to co nas spotkało w szpitalu w Katowichach-pisałam na Gazeta.pl,WP;Onet itp.codziennie skutecznie były usuwane moje posty!trzeba przyznać że rzeczników i czyścicieli wpisów mają niezawodnych!

Myślicie, że nikt się nie odezwał? Że wszyscy biernie patrzyli? Nie. Spotkała ich jednak kara.

Pamiętam- po tym jak jeden z ojców “za bardzo się uniósł”(wypomniał zbyt wiele błedów)nie tylko na korytarzu ale też w sekretariacie-na drugi dzień pojawiła się kartka na drzwiach “OJCOM WSTEP WZBRONIONY”-na pyt. czemu?odp. Że panuje grypa a ojcowie mają więcej zarazków na sobie,i jak mi powiedziała jedna że NIESTETY SĄ BRUDNIEJSI I BARDZIEJ AGRESYWNI-!to trwalo prawie 2 miesiące i co i nic się nie dało z tym faktem zrobić-tylko przyjść do domu i płakać!

Przejdźmy może do oburzającego faktu wylewania mleka matki. Takie procedery jak udało mi się dowiedzieć dzieją się nie tylko tam, w Katowicach, ale również w Poznaniu na  i w Łodzi. W ilu jeszcze szpitalach? Nie wiadomo, bo rodzice często dowiadywali się o tym przez … przypadek.

Ja wiem, że dla wielu z Was mleko mamy to tylko jedzenie, ale w przypadku wcześniaków to przede wszystkim lekarstwo ratujące życie. Wylewanie mleka mamy do zlewu to narażanie dziecka bezpośrednio na utratę zdrowia i życia. Życia, bo głównym sprawcą NEC (martwiczego zapalenia jelit) jest właśnie mieszankę modyfikowana. A NEC kosi życie dzieci okrutnie – na NEC umiera co drugi wcześniak. I da się wyeliminować to cholerstwo właśnie mlekiem mamy. Skoro więc matka zawozi dziecku mleko, bądź zawozi je ojciec dziecka  to jakim prawem do jasnej cholery, ktoś to mleko wylewa? I jeszcze tłumaczy, że się … popsuło?

“Ogólnie przyjęło się, że trzeba im dać wydzieloną porcję, bo jeśli dziecko je np. 50 ml, a Ty w butelce dasz 100 (aby miało na 2 razy), to te 50 jest wylewane do zlewu. Oczywiście dowiedziałam się o tym od innych rodziców, również sama widziałam na własne oczy, jak położna wylewała moje mleko do zlewu, ale co miałam zrobić…Najbardziej mnie bolało to, że do szpitala miałam bardzo daleko, a w pierwszych dniach po porodzie nie dało się zrobić zapasu, więc mój mąż co 6 godzin jeździł zawozić pokarm, żeby nasze dziecko miało co jeść. Po co? To jest moje pierwsze dziecko i nie potrafiłam go bronić, tak jak powinnam. Bałam się o jego życie, kiedy zostawał tam sam, wstawałam w nocy i płakałam nad laktatorem. Niczego nam nie było wolno jako rodzicom, nie czułam wtedy, że dziecko “należy” do mnie.”

Ile matek nie ma pojęcia, że odciągając każdą kroplę mleka, tak naprawdę robią to bez celu, bo ich mleko wyląduje w zlewie, by zastąpić je ciężkostrawną dla wcześniaka mieszanką? Wreszcie, ile rodziców nie ma pojęcia, co się dzieje, kiedy wracają do domu pozostawiając swój najcenniejszy skarb w szpitalu, wydawałoby się w dobrych rękach? Wreszcie, ile zgonów wcześniaków, to wynik nie komplikacji, a zaniedbań lekarskich (a ja miałam okazję poznać trzy takie historie …)?

Kolejny szpital, kolejne szokujące wyznanie:

“pierwszy przyklad moja leżała z chłopcem było zatrzymanie serca chłopca,a tych pind nie było respirator piszczał,a nikogo nie było…wolam,wołam by ktoś przyszedł,a tu nic…otwieram pierwsze lepsze drzwi,a one siedza wesołe przy kawkach…mówię,że cos sie dzieje z chłopcem…a jedna madra do mnie niech pani zajmie sie swoim dzieckiem nie cudzym…”

Katowice ciąg dalszy:

Nikt nie reagował jak urządzenia piszczaly,zdarzyło się ze moje dziecko nie dostało jedzenia,zaplatywala się maleńka w ta sonde,okulista sobie nie przyjeżdżał na wizyty,zatajali informacje i uwaga w długi weekend na całym oddziale Patologii noworodka i Intensywnej terapii byla tylko jedna lekarka…

Każda osoba czytająca to zapewne już skrobie komentarz o skargach. Siedząc w wygodnym fotelu, analizując wiele rzeczy bez emocji temu towarzyszących, owszem można nawet pięć skarg napisać w wordzie, poprosić TVN o zajęcie się sprawą, lub “Interwencję”. Ale kiedy je się tam, wygląda to nieco inaczej. Rodzice, owszem skargi składają, ale z jakim efektem?

czy myślisz że skargi do ordynatora,przełożonych itd. Coś dają?bo w tym szpitalu gdzie ja przebywałam niestety nic nie dawały-bo te święte krowy wychodziły z założenia że i tak łaskę nam robia bo nasze dzieci-są leczone za ciężkie pieniądze…(mowa o szpitalu gdzie dyrekcja nie reagowala i nikogo nie zwolniła po słynnym noszeniu wcześniaków w kieszeniach fartuchów u pielęgniarek!) Komentarz dyrekcji tego oddziału był żenujący-ogólnie rzecz ujmując brzmialo to mniej więcej:przynajmniej ludzie się dowiedzieli że z wcześniakiem można postępować jak z każdym innym dzieckiem i nic mu się nie dzieje…a ci panikuja!

Jedna z matek, w jednym ze szpitali zareagowała, kiedy usłyszała jak pielęgniarka mówi do jej dziecka: Przestań drzeć tą gębę, matka zaraz przyjdzie“. Po tym incydencie kobieta miała zakaz zbliżania się do małej pacjentki.

Noemi-tam gdzie ja byłam tylko garstka osób była odważna by coś powiedzieć na głos-inni bali się o dzieci-czemu też oczywiście się nie dziwie-każdy ma prawo do wypowiedzi i do milczenia-tylko MASZ RACJĘ JAK BĘDZIEMY MILCZEĆ TO NIC W TYM CHOLERNYM KRAJU SIĘ NIE ZMIENI!

Przerwane milczenie. Tak to nazywam. Jedna z osób, które cytuję straciła dziecko. Kolejna nie może się z tym koszmarem uporać. Opowiadamy o dobrodziejstwach dzisiejszej medycyny, zakładamy fundację, by rodzic po ludzku, a gdzie opieka nad wcześniakiem po ludzku?

Wiele szpitali zaczyna się zmieniać pod potrzeby pacjentów (jednym z takich szpitali jest Polna w Poznaniu). Wiele placówek próbuje robić naprawdę kawał dobrej roboty, bo tak jak na Polnej 7 lat temu kangurowanie było “amerykańskim” marzeniem, ojciec mógł być u dziecka tylko 30 minut itp. tak teraz wszystko to uległo zmianie. I tu wielki plus dla Polnej, choć przyznaję, mam do nich żal po dziś dzień o traktowanie na patologii ciąży i przy porodzie Jana. Bo wiele lat minęło zanim uporałam się z ogromną traumą, którą przypieczętowałam depresją i stanami lękowymi (ale o tym w innym temacie).

Wstyd Katowice.

Wstyd szpitale w Polsce, które wylewają cenne mleko matki zastępując mieszanką. Czy naprawdę prezenty od koncernów mleka modyfikowanego, są bardziej cenne niż życie dziecka? W dupie miałam Waszą naklejkę Nestle na inkubatorze mojego syna. Wedle mnie mogliście nakleić tam kartkę z zeszytu i podpisać inkubator imieniem i nazwiskiem zwykłym długopisem. Moje dziecko nie potrzebowało Waszej czapki z napisem “Bebilon”, a jednak na każdym kroku widziałam namacalny dowód na to, przez kogo szpitale są “obdarowywane”.

Krew mnie zalewa, kiedy to kończę, jestem rozdrażniona, bo wiem, że ten tekst musi być dobry, żeby dotarł do wielu ludzi. Ja nie chcę, żeby te incydenty rozpłynęły się w nicość, ja nawet wcale nie chcę, by przeczytała to garstka. Chcę, żeby przeczytało to więcej ludzi niż krytykę na temat serialu: “Moje 600 gramów szczęścia”. Bo ja uważam, że są tematy, które należy poruszać, aby szpitale wiedziały, że zawsze znajdzie się ktoś, kto tego tak nie zostawi. Bo tu chodzi o życie i zdrowie naszych dzieci, które wbrew nam przychodzą na świat wiele tygodni za wcześnie i żaden najnowszej generacji inkubator nie zda swojego egzaminu, jeżeli obok będą nieczuli, wypaleni zawodowo ludzie.

 

 

 

 

KOMENTARZE (65)

  • Aśka
    Sty 27, 2016., 10:38 • Odpowiedz

    brak słów... moje dziewczynki były w szpitalu w katowicach o którym piszesz, miały tam robiony zabieg laserowy na retinopatie.. aż boje sie pomyśleć jak mogły być tam traktowane, a były tam tylko przez 2 dni... ;/

  • verti
    Sty 27, 2016., 10:46 • Odpowiedz

    Mam dreszcze po przeczytaniu Twojego artykułu. Szkoda,że to wszystko jest prawdą. I nie tylko w Gdańsku, Poznaniu ...Niestety ja (choć dziękuję swojemu szpitalowi za uratowanie życia córeczki) też złapałam ich na "niedociągnieciach"(tutaj przydaloby się wytłuszczenie cudzysłowia, bo to było więcej niż niedociągnięcie) typu: pomylenie kolejności podawania leków!, niedokarmianie dziecka i inne. Choć z perspektywy czasu chcę o tym zapomnieć to jest bardzo ciężko.. Najbardziej zapadła mi w pamięć sytuacja, gdy już nie przebywałam w szpitalu i przyjechałam raniutko do córeczki. Patrzę, a w lodówce pełno mojego mleka. Wynikało z tego, że dziecko przez całą noc dostało tylko 50 ml mleka. Gdy weszłam do sali i spytałam położne jak Malutka to powiedziały, że super. Gdy jednak spytałam dlaczego ubyło tak mało mleka to powiedziały, że dziecko nie chciało jeść. Niezwłocznie podgrzałam mleczko i podałam córce. Była taka głodna,że pierwszy raz w życiu zjadła na raz 70 ml. Myślałam, że eksploduję ze złości. łzy cisnęły się do oczu. Na szczęście wiedziałam, że jeszcze tylko 2 dni i wezmę ją do domu.

    • Noemi Skotarczak
      Sty 28, 2016., 10:25 • Odpowiedz

      Tego typu zaniedbania (pomylenie leków, niechęć do dokarmiania w nocy itp.) mogą doprowadzić do pogorszenia stanu zdrowia dziecka. Wydaje mi się, że w tym wszystkim brakuje determinacji rodziców do zgłaszania skarg, choć w pełni rozumiem, że każdy rodzic się boi.

  • Ania
    Sty 27, 2016., 10:54 • Odpowiedz

    No i się poryczalam no

  • MamaMichasi
    Sty 27, 2016., 11:07 • Odpowiedz

    Noemi, Twój artykuł obudził we mnie wyparte już częściowo wspomnienia. Ale nigdy chyba nie zapomnę jak moje dziecko prawie ugotowało się w inkubatorze. Jak tylko jakiś alarm się włączał to zwracałam się do pielęgniarek. Niestety za każdym razem usłyszałam,że jakby coś się działo to one by zareagowały. Niemniej jednak, pewnego razu gdy byłam obok inkubatora córki coś zaczeło się świecić. Powiedziałam o tym pielegniarkom,a te na to ,że inkubator się "kalibruje". Z czasem zobaczylam, że temperatura w nim rośnie. Otworzyłam okienka,a moje dziecko było już dobrze ciepłe. Temp.osiągnęła już 36 stopni. Pobiegałam do pielegniarek i w koncu ktoras ze mna przyszła i okazało się ,że inkubator sfiksował. Nie chce nawet myśleć co by było gdyby nie było mnie wtedy przy niej. :(

  • Basia
    Sty 27, 2016., 11:18 • Odpowiedz

    Po tym wpisie jeszcze bardziej doceniam to, ze rodziłam we Francji, że mój synek miał swój pokoik, swoją pielęgniarkę. Że kiedy płakał dziewczyny brały go do siebie na dyżurkę, żeby nie był sam. Że przychodzili do dzieci animatorzy, którzy grali na gitarach i spędzali z noworodkami czas... Że na oddziale neonatologicznym nauczono mnie jak dziecko masować, kąpać, jak wiązać chusty i zajmować się moim maleństwem. Że kiedy wychodziliśmy po pięciu tygodniach - nie tylko dostaliśmy wyprawkę, ale też kokonik, który miał zmniejszyć prawdopodobieństwo nagłej śmierci łóżeczkowej i zwiększyć komfort maluszka. Doceniam. Bardzo.

  • Marta
    Sty 27, 2016., 11:19 • Odpowiedz

    Ja urodziłam swojego synka tylko 3 tygodnie za wcześnie I nie leżał nawet w inkubatorze. Ale był dość malutki jak na ten etap ciąży i miał obniżony poziom glukozy we krwi dlatego byliśmy w szpitalu nieco dłużej niż normalnie. Rodzilam w Anglii i opieka była cudowna. Pamiętam jak synek nie miał siły ciągnąć mleka i chociaż to była już noc to położna najpierw pomogła mi odciągnąć pokarm bo powiedziała że to teraz najlepsze co może być dla maluszka A później używając specjalnego kubeczka do karmienia dzieci z rozszczepem podniebienia kropelka po kropelce karmiła synka moim mlekiem. Powiedziała ze nie da mu butelki choćby miała siedzieć przy nim całą noc. To była cudowna kobieta. Do dziś wspominam ją ciepło. I chociaż wiem że mój maluszek nie był wczesniakiem i nie potrzebował takiej opieki o jakiej piszesz Noemi to i tak myślę że w tym wszystkim oprócz tej całej nowoczesnej aparatury liczy się przede wszystkim podejście osób które w szpitalu pracują.Bo ktoś inny mógłby nas poprostu olac i nie martwić się ze jakiś tam maluch nie jadł bo ma matkę i powinna to nakarmić. A ta położna nie pozwoliła żeby maluch był głodny a mnie kazała się wyspać po porodzie i nabrać sił.

  • Gosia
    Sty 27, 2016., 11:44 • Odpowiedz

    A niestety to tylko wierzchołek góry lodowej. Ja do tej pory nie mogę zapomnieć jak jedna pani doktor obwiniała nas mnie i męża nie wiedząc o nas nic i nie wiedząc jak bardzo wyczekane i wymodlone były nasze dzieci zarzuciła nam że to przez nas tak wcześnie przyszły na świat i pewnie infekcja której nabawily się dwa tygodnie po porodzie też była przez nas i jak umrą to będzie naszą winą. Wtedy pierwszy raz widziałam jak mój mąż silny facet płacze.

  • Martyna
    Sty 27, 2016., 11:50 • Odpowiedz

    Rodziłam swoje dziewczynki w ICZMP w Łodzi. 31tc bliźniaczki, w tym jedna z głęboką hipotrofią. Poród poprzedzony był kilkutygodniowym pobytem w szpitalu, prawie 150km od domu, domu w którym od kilku tygodni tęsknił za mną dwuletni synek. Cała trójka potrzebowała mnie równie mocno, jednak w tamtej chwili dla dobra nas wszystkich, a głównie dla dobra laktacji postanowiłam wrócić do domu i dojeżdżać do moich kruszynek. Musiałam zaufać opiece położnych. Zaglądałam do nich co drugi dzień. Na szczęście pokarmu miałam tak dużo, że mogły sobie śmiało wylewać, a ja i tak zasypywałam je kolejnymi dostawami którymi spokojnie wykarmiłyby pół oddziału. Spotkałam tam wiele ciepłych kobiet, które z troską zajmowały się moimi Gremlinkami. Spotkałam też, a raczej rzadko spotykałam jedną, która ciągle była na papierosie. Nieważne czy minęło 3 czy 4 godziny od poprzedniego karmienia, nieważne czy aparatura piszczała- jej NIE BYŁO. Nie było jej wtedy gdy dzieci płakały, nie było jej gdy potrzebowały pomocy....nie mówiła "przestań się drzeć, matka zaraz przyjdzie", bo nic do nich nie mówiła, po prostu jej nie było. Paliła, piła kawkę, plotkowała.....jedna z moich dziewczynek dwukrotnie miała odmę, strach pomyśleć gdyby ONA była akurat na dyżurze....

  • Marta
    Sty 27, 2016., 12:02 • Odpowiedz

    Wspolczuje przezyc i zlego doswiadczenia, co do opieki nad Pania, innymi kobietami a przede wszystkim nad tymi Malymi Okruszkami, ktore sa tak bezbtonne i zalezne od innych -wydawaloby sie, ze kompetentnych odob- a przede wszystkim persolenu, ktory jest po to, by byc jak najlepszym, bo ratuje te male cenne zycia, ktore sa na wage zlota. Ja nie moge nic zlego powiedziec o intensywnej terapii noworodka w ktorym moja coreczka przebywala 65 dob. Moze przez to, ze trafila na Pania doktor, ktora jest Aniolem, ktora byla zakochana w tym kilogramowym pieknym i drobnym cialku od pierwszej chwilii. "Ciocie" (pielegniarki) bywaly cieplejsze, stanowcze albo takie, ktore wykonuja tylko swoja prace. Z czasem i te zmienialy podejscie np do mnie gdzie przebywalysmy dzien w dzien po kilkanascie godzin w jednym pomieszczeniu. Jedna "naladowana emocjonalnie" pielegniarka troche olala sprawe, gdzie po karmieni mala ulewala i sie krztusila- podnioslam ja- to dostalam jeszcze zj***ki ale inna pielegniarka, ktora to widziala- przyznala mi racje. Raz bylam przy smierci dzieciatka z inkubatorka obok (akurat przyszlam do swojej corci), walka Pani doktor i pielegniarek byla do ostatniej chwili. Nie bylo "nic z tego nie bedzie". Zdeterminowane walczyly... Po kilku minutach wyszlam- bo nie dawalam rady patrzec, bo lzy i strach ogarnialy cale moje cialo i mysli. Po ludzku podziekowala mi doktor za wyjscie, za to, ze mogly walczyc bez widzow i za chwile dla mlodych rodzicow, ktorzy widzieli smierc wlasnego dziecka od poczatku do konca. Wiec naprawde zalezy duzo od tego, jaki cel ma szpital i ordynatorzy- bo pozniej taki dobiera personel... Az ciarki przechodza podczas czytania tego wpisu. Nikt na sile specjalnie nie wyciagal tych malenstw z brzuszkow a tylko Pan Bog jest od tego zeby zabierac zycie, a nie lenistwo czy zezwierzecenie innych ludzi.

  • Agnieszka
    Sty 27, 2016., 12:08 • Odpowiedz

    Też rodziłam na Polnej w Poznaniu. Przedwcześnie, przez cc. Długo nie mogłam się pogodzić z tym, że nie jestem przy dzieciach 24h, że są na oddziale neonatologicznym i opiekują się nimi obcy nam ludzie. Długo nie mogłam pozbyć się poczucia winy, mimo iż zdawałam sobie sprawę, że nie było w mojej mocy donosić ciąży bliźniaczej dłużej, i że zrobiłam wszystko co mogłam, aby chociaż do 35 tygodnia wytrwać – do tego upragnionego stycznia. Nie udało się – urodziłam 30 grudnia – 34+5 tc. Zdaję sobie sprawę, że są kobiety, które w szpitalu po porodzie chcą głównie odpocząć, a nie niańczyć dziecko – karmić je, przewijać, myć, przytulać… Ja taką matką nie jestem i brak możliwości (a raczej zakaz) podawania piersi bardzo podłamał mnie psychicznie. Odciągałam pokarm i walczyłam o laktację pomimo zniechęcania mnie przez doradczynie laktacyjne na oddziale neonatologicznym. Na szczęście doradczynie na zwykłych oddziałach to złote kobiety i dałam radę! Na kangurowanie też patrzono niechętnie, sama się ‘obsługiwałam’ zazwyczaj, bo jak prosiłam o podanie dziecka to słyszałam głównie, że teraz nie, a to bo są po karmieniu i uleją, a to, bo się obudzą a właśnie zasnęły. Nie podchodzenie do dzieci płaczących to niestety norma – i nie ma się co dziwić – 4 dzieciaczki na jedną położną – nie dałyby rady wszystkich uspokajać nawet gdyby chciały, a miałam wrażenie, że są już lekko na płacz znieczulone. Zresztą uspokajanie za pomocą glukozy w strzykawce też moim zdaniem dobre nie jest. Notorycznie jakieś dziecko suszyło tyłek pod ‘bocianem’ z powodu odparzeń – zasada była taka, że przewija się jedynie przed karmieniem. Jak jakieś dziecko osrało się za przeproszeniem po pachy to trudno – do następnego karmienia musi wytrzymać. Parę razy się zdarzyło, że synowie (obaj albo tylko jeden) dostali mm, bo moje mleko trafiło na inny oddział – co jest o tyle zadziwiające, że od początku byli razem na jednym oddziale i położne wiedziały, że pokarm regularnie dostarczam – wystarczyło ruszyć tyłek i zapytać w pokoju obok. Trudno. Parę razy przyjeżdżałam też specjalnie nakarmić dziecko z piersi a syn był już nakarmiony godzinę wcześniej (bo poprzednia zmiana nie przekazała, że się zjawię) i to mm gdyż mleko matek roznoszone jest na oddziały później, a nie chciało im się iść po nie 20 metrów do kuchni mlecznej. Dużo rzeczy mi się nie podobało. Dużo było zaniedbań, obojętności, dziwnych tekstów ze strony personelu do dzieci. Ale były też fajne położne, którym jestem wdzięczna za opiekę nad dziećmi i wiem, że zrobiły wszystko co mogły. Matki nikt nie zastąpi i powinniśmy być świadomi, że to tylko ich praca. Bardzo odpowiedzialna, ale jednak praca. Nie tak powinno to wyglądać, ale jak na polskie warunki i tak uważam, że akurat tu gdzie leżeli moi synowie – nie było najgorzej. My spędziliśmy tam jedynie 3 tygodnie, a i tak psychicznie było nam ciężko. Podziwiam Was wszystkie matki skrajnych wcześniaków, które muszą w takich miejscach spędzić parę miesięcy – podziwiam, że macie siłę się uśmiechać! Nie ma istoty silniejszej i bardziej zdeterminowanej niż matka.

  • Agnieszka
    Sty 27, 2016., 12:14 • Odpowiedz

    Byliśmy na Polnej ledwie dwa miesiące temu i muszę napisać, że było bez zarzutu. Moje dziecko nie jest wcześniakiem, urodziło się z wadą genetyczną (o tym też nie zapominajmy, to nie tylko kwestia wcześniaków). Większość rodziców bała się poprosić o możliwość przytulenia czy przewinięcia własnego dziecka, ale pielęgniarki same bardzo namawiały, organizowały kangurowanie na specjalnym fotelu, aktywizowały ojców. Bardzo też namawiały do prób naturalnego karmienia i przenoszenia mleka. Na Polnej jest tzw. mleczna kuchnia z pokojem dla matek do odciagania pokarmu. Są tam laktatory, lodówki i zamrażarki. Na oddziałach były po dwie, trzy pielęgniarki na kilkoro dzieci. Możliwość przebywania przy dziecku 24 godziny na dobę (tatusiowie tylko od 7 do 19 - to do poprawy). Byliśmy bardzo wdzięczni za opiekę, która była zawsze profesjonalna i na czas. Szkoda, że to nie jest standardem dla innych szpitali :(.

  • Mama Hani
    Sty 27, 2016., 12:51 • Odpowiedz

    Ja rodziłam córeczkę w 32tyg. ciąży w szpitalu Pirogowa w Łodzi na ul. Wileńskiej. Nie mogę, nic złego zarzucić personelowi, wszyscy byli mili i dobrze zajmowali się dziećmi. Może to kwestia, że oddział jest kameralny, więc po kilku dniach już każdy każdego znał. Co do mleka, to od początku położne mi wytłumaczyły ile i jak mam przynosić, mówiły ze jak przyniosę tylko schłodzone nie zamrożone to mogą trzymać tylko 24 godziny, więc lepiej żebym zamrażała, żeby nie marnować tego co uda mi się ściągnąć. Ja miałam sporo szczęścia, że trafiłam do tego szpitala i poznałam tylu życzliwych mi ludzi. Pozdrawiam wszystkie mamy, nie dawajcie się i walczcie o swoje prawa

    • Kamila K.
      Cze 27, 2016., 21:38 • Odpowiedz

      Mi dziś mija 6 tyg od cc właśnie w tym szpitalu na Wileńskiej. Chłopcy urodzili się w 29 tc (jeden 950 g , drugi 1500g). Już bliżej wyjścia do domu jak dalej... pierwsze dni pamiętam jak przez mgłe.. nadmiar wrażeń, emocji. Zgadza się, oddział kameralny więc po kilku dniach wszyscy się kojarzą. Większość pań miłych i pomocnych, wiadomo zdarzają się również trochę mniej, ale to wyjątki. Mamy ulubioną Panią Kasię, która często się zajmuje chłopcami, dużo ze mną rozmawia, doradza, mówi o rzeczach, o których nie ma się pojęcia. To wszystko bardzo ułatwia i dzięki niej możemy poczuć się trochę bezpieczniej. Cieszę się, że trafiłam właśnie tutaj.

  • Moira
    Sty 27, 2016., 13:06 • Odpowiedz

    To straszne co opisujesz. Ja miałam dziecko przy sobie cały czas i ciężko mi wyobrazić sobie jaka ciężka musi byc rozłąka. Myślę, że problem leży też w ustroju tego "uroczego" kraju. Pielęgniarki są zwyczajnie przepracowane. Żeby wyzywic rodzinę muszą zapieprzac wiele godzin w ciągłym halasie. Pielęgniarki od dzieci powinny mieć inne godziny pracy. A z lekarzami to tak, ze teraz ida do szkoły dla kasy a nie z powołania

  • Małgorzata
    Sty 27, 2016., 13:28 • Odpowiedz

    Ja również przezyłam koszmar po urodzeniu wcześniaka do tej pory nie mogę zapomnieć jak jedna z pielęgniarek udusiła by mi córeczkę to na oczach moich i męża oboje z mężem bylismy bladzi a Nadia juz sina fioletowa łzy cisna sie na te wspomnienie. Mysl że po 10 latach urodziła się nasza kruszynka i moglibysmy ją stracić dlatego że dziecko za długo pije mleko wzięła je na ręce żeby było szybciej lała jej do gardła z kieliszka buzia pełna dziecko nie nadażało pic tym bardziej ze mała miała bezdechy w pewnym momencie wchodzi druga pielegniarka mówiąc żeby nie wlewała bo się zaksztusi ona tylko spojrzała i dalej lała po chwili Nadia zrobiła sina fioletowa wiotka bez reakcjii stało sie czas zatrzymał się w miejscu Patrzyłam nie mogłam sie ruszyć utkwiły mi te słowa jej gdy próbowała Nadię cucić pukając ją po pleckach i mówiąc do niej nie wygłupiaj się bo zaraz trafisz na intesywną terapię Brak mi słów co wtedy przezylismy tym bardziej że nie mogłam przy niej być .Przez tą pielegniarke miałam rózne nieprzyjemne sytuacje nie chciała starszemu braciszkowi pokazać siostrzyczki inne były w szoku od razu dały mu fartuszek i pokazały , pielegniarki pytały czemu nie chce pokazać ,bo przenosi zarazki po prostu nienawidziłam jej .Gdy nas wypuscili na drugi dzień trafiliśmy do drugiego szpitala z zapaleniem płuc miała przetaczana krew Lekarz dziwił sie jak w takim stanie dziecko wypuszczono do domu .Koszmar nie do zapomnienia .

    • Daga
      Sty 27, 2016., 22:35 • Odpowiedz

      Za to ja bym się wściekła, gdyby na salę z moim dzievkiem przyszła mama ze starszym braciszkiem. Dzieci mają o wiele więcej zarazkow, a oddział neonatologi to nie miejsce dla rodzeństwa. Uważam, że to zachowanie jest egoistyczne i nieodpowiedzialne

  • DORA118@POCZTA.ONET.PL
    Sty 27, 2016., 13:44 • Odpowiedz

    Nie dam złego słowa powiedzieć o szpitalu Wojewódzkim w Olsztynie (nie dziecięcym tylko tym z położniczym i neonatologicznym). Zdarzają się pojedyncze osoby, pojedyncze sytuacje, ale to nic w porównaniu ze szpitalem Dziecięcym w Olsztynie (Wojewódzki Specjalistyczny Szpital Dziecięcy w Olsztynie). Dzieci które wymagają jakiejkolwiek interwencji specjalistycznej są przewożone właśnie do Dziecięcego. Ci którzy mają szczęście i kończy się tylko na bradykardiach i nauce ssania zostają w Wojewódzkim do końca (2kg). W Dziecięcym każda opisana sytuacja miała miejsce, leżałam tam przez 2 miesiące (na płatnej dostawce), bo było to sensem utrzymania mleka. Opiszę kilka krótkich sytuacji z moim cynicznym komentarzem: 1. Pielęgniarki mają pomiędzy 7-8 i 19-20 równo dwie godziny dziennie na przekazywanie dyżurów co polega na przekazywaniu przepisów na ciasta i obgadywaniu mężów (dobrze słyszałam). Pikał cepap u koleżki mojego synka przez godzinę i nikt się nie pojawił, a jak mój mąż przyjechał do nas to poszedł zdenerwowany do "pielęgniar" i dostał opr,że już chciała jedna wychodzić do domu a ty jeszcze cos od niej chcą... Czasem lepiej nic nie powiedzieć, bo odgrywają się potem na moim dziecku... 2. Mało spałam , tak jak inne mamy, w nocy dzieci krzyczą. Pielęgniary potrafiły tylko chodzić w chodakach. Jedna na prośbę mamy by tak nie tupała w nocy (przynajmniej jedna pracowała, he he...) odpowiedziała jej, że "TO NIE HOTEL", no pewnie po co zdrowa psychicznie mama przy wcześniaku ... 3. Po powrocie z OIOMu po operacji na oddział mój synek nie dostał mojego mleka tylko modyfikowane, mimo,że już był karmiony moim mlekiem na tym oddziale (szpital ma zapas mrożonego w kuchni szpitalnej), i mimo,że mają napisane mleko mamy, mama dowozi, jest na miejscu itp. bo o to prosiliśmy. Nadmieniam, że nikt nas nie powiadomił o przeniesieniu, idziemy na OIOM a tak żadnego Piątka nie ma... i nikt nie mówi,że wrócił na oddział, masakra. Powiedziała to dopiero salowa, więcej wiedziała niż pielęgniary i lekarka. Mysleliśmy, że zmarł... 4. Moje dziecko, gdy było na sali nadzoru (nie mieszkałam z nim), miało wielokrotnie odparzoną pupcię. Nikomu się nie chciało zmienić pieluchy przez całą noc. Dostał martwicze zapalenie skóry na pupci (czarna plamka) i maść dostałam od szpitala,żebym (uwaga) JA smarowała w szpitalu. Od czego sa pielegniary? 5. Moej dziecko po laseroterapii na ROP dostało krople, ja wpuszczałam, ale czasem tata zostawał na noc w weekendy (ja w domu ściągałam mleko i dosypiałam a tata karmił butlą). Tata nie umie kroplować, bo ma "duże i zgrabiałe" dłonie, poprosił pielęgniarę a ta powiedziała: "JAK PAN UMIAŁ ZROBIĆ (dziecko) TO KROPLE TEŻ WPUŚCI". 6. Maluszek dostał kolek po wyjściu z inkubatora i wyszły mu 3 przepukliny na raz. Gdy uwięzła pierwsza przepuklina była uwięźnięta od piątku (godz 18:00- kolkowa godzina) do poniedziałku ok.9:00, bo mama przesadza, mama histeryzuje, dziecko płacze bo mama to mama tamto, lekarz jeden na 3 oddziały na weekend, chirurg jeden i ma operacje nie przyjdzie.... A w poniedziałek operacja na cito, sine jądro, zrobił się też wodniak jądra (nie długo mamy kolejną operacje dzięki wspaniałemu personelowi). 7. Dodam,że jakaś parszywa osoba zaraziła mi dziecko na przyjęciu meningokokiem i w sepsie miał laser na oczy. Jeszcze kazano mi (MI) podjąć decyzje czy operować, bo albo odklei się siatkówka, albo umrze przy operacji, bo jest strasznie słaby... 8. Tak wyglądało moje dziecko z krwawiącymi ranami: http://www.dermnetnz.org/systemic/acrodermatitis-enteropathica.html Potem już oddział pediatryczny, bo skończył 3 miesiące (ale nikt nie zauważył, że jeszcze nie miał terminu urodzin swoich z brzuszka...). Zaczęła mu schodzić skóra, pani dr dermatolog słusznie podejrzewała chorobę acrodermatitis enteropatica , tylko trzeba było potwierdzić badaniem wykonanym na oddziale. Ordynator tej pani dermatolog nie lubi i w związku z tym leczył moje dziecko na liszajec, bo tamtej choroby nie zna (nie wiedział też kretyn co to kangurowanie). Synek bez mojej zgody dostał antybiotyk, po którym robił ok.20 zielonych kupek dziennie ( ze schodzącą skórą m.in.z pupy), nie dostał żadnej osłonki na żołądek a spadek z wagi przez te kupki uważali,że był przeze mnie, bo nie mam mleka. Musiałam ważyć dziecko przy każdym posiłku, przy pielęgniarach,żeby udowodnić,że mam mleko w piersiach. Zaznaczę,że nauczyłam ssać synka ur. w 25tc, przy wadze 2500g i obniżonym napięciu mięśniowym centralnym. Byłam zastraszana, wyśmiewana przez tego ordynatora i jako jedna z wielu usłyszałam,że "matki wcześniaków to histeryczki, bo domagają się jakiś badań", chodziło o pobranie krwi i wysłanie próbki do Berlina,bo tam tylko to badanie robią. Prywatnie badanie kosztuje do 100zł,ale teraz to już bym pojechała do Warszawy czy Gdańska a nie pchała się do Olsztyna z byle pierdą. O wypisaniu się nie było mowy, bo jak wyjść z dzieckiem bez skóry z izolatki na świat, do domu. Mam więcej historii ale to już jak będę w stanie agonalnym, tak za 50 lat to się z nich wypruję... żartowałam. Podpisała: Kąśliwa mama, bo życzliwa i dobra umarła w szpitalu Dziecięcym w Olsztynie

    • Noemi Skotarczak
      Sty 28, 2016., 10:30 • Odpowiedz

      Historia trzecia, jakby nasza ... Wchodzę na Opiekę Pośrednią, patrzę, a tu na miejscu Jaśka inkubator. Robi mi się gorąco, Jaś leżał już w łóżeczku od paru dni. Nagle patrzę, a tu mojego dziecka nie ma ... Pielęgniarka podchodzi, pyta dlaczego tu jestem, czy lekarka nas nie informowała, że Jasia nie ma ... Myślałam, że zejdę na zawał. Mroczki przed oczami, nogi mi się ugięły. Jaś bez naszej zgody został przewieziony do szpitala w Śremie. Wiesz jak to tłumaczono? Że do nas dzwoniono, ale nie dodzwoniono, bujda - żadnego połączenia nie było. Do tego przecież dzień wcześniej rozmawialiśmy z lekarką, mogła nas o tym poinformować.

  • Marzena
    Sty 27, 2016., 14:00 • Odpowiedz

    Piszesz o wylewaniu mleka do zlewu... W szpitalu w Lublinie powiedziano mojemu mezowi,żebym farmakologicznie wstrzymala laktacje. Maly zostal przewieziony w 2 dobie zycia a ja zostalam w szpitalu, gdzie byl porod. Bylam w szoku po porodzie w 25tc i to zrobilam. Pozniej odwiedzajac syna widzialam tylko jedno dziecko na naszej sali, ktore bylo karmione mlekiem mamy i slyszalam pielegniarke jak mowila ze musi isc po mleko, a jej sie nie chce. Minęło prawie 2 lata od Karola narodzin a ja wciąż żałuję ze posluchalam tych lekarzy i wytrzymałam laktacje...

  • Maria
    Sty 27, 2016., 15:08 • Odpowiedz

    Ja rodziłam swoje obie córki w małym szpitalu w Obornikach Wlkp. Czasem w małych szpitalach opieka i podejście do CZŁOWIEKA jest lepsze, cieplejsze... Rozumiem, że nie jest to wyjście dla wcześniaków, dla ciąży z problemami. Wtedy oczywiście każdy chce mieć przy sobie najlepszy sprzęt. Moje porody i opiekę nad dziećmi wspominam dobrze. W jednym przypadku pamiętam taką sytuację, kiedy matka nie chciała karmić naturalnie ale położne zrobiły wszystko, żeby ją przekonać. Były matki które prosiły o "dokarmienie" mieszanką, położne mówiły, że tu się nie stosuje i tłumaczyła że i dlaczego dziecku wystarcza to, co dostaje od matki. Bardzo ciepło wspominam...

  • Asia
    Sty 27, 2016., 15:26 • Odpowiedz

    Widzę że Katowicki szpital przoduje w traktowaniu pacjentów i ich rodziny jak zło konieczne. Gdy mój syn miał 4 miesiące spędziliśmy w tym szpitalu na oddziale pulmonologii 3 dni i to było o 3 dni za dużo. Nigdy więcej nie zgodzę się na leczenie mojego dziecka w tym szpitalu i chociażbym miała jechać z nim na drugi koniec Polski to pojadę byle jak najdalej od tego szpitala. Tyle nerwów ile mnie tam spotkało w ciągu 3 dni to nie sposób opisać a cierpienia jakie doznało moje dziecko zapamiętam do końca życia. Jeżeli możecie to omijajcie ten szpital szerokim łukiem

  • Urszula
    Sty 27, 2016., 15:32 • Odpowiedz

    Oto katolicki kraj w ktorym zyjemy. Lacze sie w bolu z kazda Mama, ktora przezyla bol, stress i nerwy. Sama jest Mama i naprwde nie mam slow. Nie wiem co naprawde napisac. Musze dojsc do siebie. Cisna mi sie slowa na jezyk.. ale dam spokoj bo moge kogos obrazic....Sciskam wszystkie kruszynki wymienione w tym artykule.

    • Jotka
      Sty 28, 2016., 11:51 • Odpowiedz

      Temat dotyczy podejścia personelu szpitalnego do wcześniaków i ich rodziców a nie narodowego wyznania. Masakra z tymi fanatycznymi antykatolikami. Nie ma chyba tematu pod ktorym nie znalozłby się tego typu i...ta. Problemem nie jest to czy kraj jest katolicki czy anglikański, problemem jest niewiedza i nieświadomośc w kwestii praw pacjenta, prezentowana przez samych pacjentów oraz wykorzystywanie tego faktu przez personel szpitali, przychodni. Ale żeby mieć jasnośc myśli i umiec skupić się na temacie rozmowy to by trzeba było zdjać antykatolicki moherowy beret.

  • Emilia
    Sty 27, 2016., 15:40 • Odpowiedz

    Czytam i nie wierzę.... brak mi słów, czytając chciałam tyle napisać w komentarzu a teraz pustka w głowie... Więcej takich wpisów, więcej prawdy o tym co się dzieje!!!

  • Megi
    Sty 27, 2016., 16:30 • Odpowiedz

    Ja tez nie zapomnę tego wszystkiego. Jak odeszly mi wody w 31 tygodniu i musialam miec cc a lekarze tak przedluzali i zawiezli mnie na jakas sale gdzie mialam czekac i zostawili ze skurczami i saczacymi sie wodami i dopiero jak wkoncu jakas pielegniarka zajrzala i powiedzialam ze czuje ze maly juz jest na wyjsciu to sie zaczeli spieszyc... jak po porodzie zabrali malego do innego szpitala a ja lezalam z inna mama i jej dzieckiem ktore karmila piersia a ja zwijalam sie z rozpaczy ze maly moze nie przezyc bo urodzil sie w zamartwicy...jak walczył o życie na OIOMie, dostawał moje mleko przez sonde które ściągałam i woziłam 100 km byłam na diecie bo bałam się ze mogę czymś małemu zaszkodzić i pewnego dnia wchodzę do syna a pielęgniarki do mnie ,czego się nażarlam ze mały ma sraczke" i bez pytania zaczęły dawać Bebilon bo to napewno od mojego mleka... nic nie powiedziałam tylko płakałam a potem wylewalam mleko do zlewu. Szkoda ze wtedy nie widziałam tyle co teraz. A poza tym traktowani tam byliśmy jak intruzi. Codziennie jeździliśmy te 100 km żeby parę godzin być z synkiem a jak przyjechaliśmy a on spal to nie pozwalano nam go dotknąć w inkubatorze żebyśmy go nie obudzili czasem bo one chcą mieć spokój... i akurat jak przyjezdzalismy to pani musiala podloge umyc i bylismy wypraszani... kiedyś przyjechaliśmy i mały okropnie płakał (bezgłośnie bo był na respiratorze tylko łezki leciały) i nie widziałam co się dzieje wiec poszłam do pielęgniarek a się okazało ze one siedzą przy kubelku KFC a mój syn nie dostał jeść od 5 godzin... a nie bylo mowy o jakimkolwiek kangurowaniu jak był pod Respiratorem 2 i pół miesiąca tylko na niego patrzylam a przytuliłam dopiero jak wyszedł na patologie a tam też nie było kolorowo pielęgniarki karmiły go tylko sonda i nie chciało im się go uczyć smoczkiem a jak dawały sonda to tak szybko wciskaly te strzykawke ze ciągle wymiotowal wiec sama nauczyłam się dawać mu sonda po to żeby jak nie dał rady jeść ze smoczka żebym mogła podać mu mleko sonda sama powolutku. A monitor ze saturacja leci to piszczał non stop i nikt się tym nie interesował. Po 3 i pół miesiąca mieliśmy tak dosyć ze ma sondzie o na tlenie wypisalismy się do domu chociaż nas nie chcieli puścić. I o dziwo mały po tygodniu juz nie miał sondy tylko jadl ze smoka a tlenu nie potrzebował ani razu! Trauma do końca życia!!!

  • Megi
    Sty 27, 2016., 16:36 • Odpowiedz

    I dodam ze to wszystko działo się w Wojewódzkim Specjalistycznym Szpitalu Dziecięcym w Olsztynie ponieważ małego tam przewiezli....

  • Evelina
    Sty 27, 2016., 17:42 • Odpowiedz

    Moj synus zaraz po urodzeniu byl pod opieka personelu na Karowej w Warszawie, bylam bardzo zadowolona z opieki zarowno lekarzy jak i pielegniarek, nie bylo problemu jak siedzialam z maluszkiem od rana do poznego popoludnia, a czasami i wieczora. Po 1,5 miesiaca jak stan maluszka byl stabilny zostal przetransportowany samolotem do Krakowa, tego "wspanialego" Instytutu w Prokocimiu, o którym czesto tak wspaniale mowia. To byl jeden wielki koszmar!!!! Nie mowie, ze wszystkie, ale wiekszosc pielegniarek zachowywala sie skandalicznie!!!! Niektore zachowywaly sie jak gestapo, nie wolno bylo kangurowac dziecka za dlugo, bo ono tego nie lubi, nie wolno dotykac, nie przewijac. Sale na OITN przeszklone, to co zobaczylam co dzialo sie na sasiedniej sali przerazilo mnie!!!! Jedna malpa (inaczej nie mozna nazwac) podeszla to placzacego dziecka i szarpiac je powiedziala: i co sie tak drzesz?!!!! A raczej wrzasnela! Wszystko bylo robione przy nim nerwowo!!!! Mi kiedys kazala odlozyc synka do lozeczka, bo juz za dlugo trzymam go na rekach, a on juz jest tym zmeczony i nie lubi tego!!!! (skad ona k***wa wie, co lubi moje dziecko??!!!), od innej uslyszalam, zebym sie tak bardzo nie cieszyla z tego, ze maly wyjdzie do domu, bo to, ze "opakowanie ladne, to srodek jest do dupy" (synek jest po wylewie), bedzie roslinka i bedziemy mieli tylko utrapienie....

    • Tami
      Sty 30, 2016., 20:48 • Odpowiedz

      Evelina, Normalnie, te komentarze, które tu widzę, to aż się nóż w kieszeni otwiera... Nie wyobrażam sobie, że ktoś by taki komantarz na moje dziecko cisnął „opakowanie ladne, to srodek jest do dupy”... K***a M*ć! Przecież po takim ciężkim okresie by tej babie trzasnęła, aż by się w ścianę wcisnęła... Po porodzie byłam zmęczona, ale też rozdrażniona (pewnie ze zmęczenia)... Ja bym nie potrafiła tak obojętnie przejść, przemilczeć jej zj*****go komentarza... Sorry, ale taką babę to tylko lać... Jak to trzeba pilnować swoich skarbów... Mam nadzieję, że synek ma się dobrze :)

      • Evelina
        Lut 08, 2016., 16:46 • Odpowiedz

        Tami na szczęście moj synek ma sie bardzo dobrze jak na to co przeszedl :) Może pojade jeszcze kiedys do Krakowa i pojde do tej piguly i pokaze jej to utrapienie i roslinke!!!! Do dnia dzisiejszego na sama mysl o tym co powiedziala trzepie mnie i chetnie przywalilabym jej za to w pysk!!!!! bo nikt nie ma prawa mowic nam takich rzeczy. Oprocz tego zrobili ze mnie imprezowiczke, ktora swietnie bawila sie na zakrapianej imprezie w Domu Polonii w Pultusku (bo oczywiscie w Pultusku i w okolicach nie mozna miec rodziny, znajomych, przyjaciol, ktorych jedziesz odwiedzic). Aaaa i przy okazji ODRADZAM!!!! rehabilitowania dziecka/dzieci w dziennym osrodku w Szpitau Uniwersyteckim w Krakowie Prokocimiu!!!! Moj synus po przeszlo pol roku rehabilitacji praktycznie stal w miejscu z rozwojem ruchowym, w nowym osrodku pytali mnie dlaczego dziecko nie bylo rehabilitowane, a jak powiedzialam, ze bylo i gdzie to tylko oczy otwierali ze zdziwienia, bo rehabilitantka pracowala tak jak jej za to placili, czyli zarobki ch**** to i jej praca byla taka sama....

  • Renata
    Sty 27, 2016., 21:15 • Odpowiedz

    16 lat temu lezalam w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach nie pamietam w sumie duzo z tego pobytu tam ktory mial trwac tydzien a ze wzgledu na zarazenie sie jakoms szpitalna bakteria przedluzylo sie do 3 tygodni no ale nie o tym. Tak chodzilam sobie po pietrze i weszlam do jednego pokoju gdzie lezalo dziecko male moze mialo z 6 miesiecy i wystawaly mu nozki za szczebelki a one tak strasznie plakalo nigdzie nie zapomne tego widoku i za kazdym razem jak mam przeblysk z tego okresu to lzy naplywaja mi do oczu. Jako 12 letnie dziecko podeszlam do niej wyciagnelam jej te nozki polozylam prosto chcialam uspokoi ale mialam 12 lat nie wiedzialam co mam robic a pozniej przyszlo babsko nie dosc ze smierdziala papierosami to jeszcze byla taka nie mila i mnie opiepszyla ze mnie tutaj nie powinno byc i poszla poprostu odeszla nawet nie zareagowala co za czlowiek bez serca to musial byc zeby odejsc i to pielegniarka byla :( a ta mala tak plakala serce do tej pory mi krwawi. Byly tam inne mamusie ktore widzac mnie zainteresowaly sie przebraly mala nosily ja nawet ja mialam okazje oczywiscie z pomoca bo nie umialam sama. To dziecko bylo takie szczesliwe usmiechniete co sie pozniej okazalo mala byla z domu dziecka dlatego pielegniarka totalnie ja olala bo co tam do niej mamusia czy tatus nie przyjda. Strasznie to przykre co sie dzieje w tych szpitalach i to bylo 16 lat temu a widac nic sie nie zmiania. Przykre to jest.

  • Monika
    Sty 27, 2016., 21:22 • Odpowiedz

    To, że panuje znieczulica w szpitalach to wiadomo od dawna, ale to, że panuje znieczulica na oddziałach dla tak kruchych istot jak wcześniaki to woła o pomstę do nieba! Mogę sobie tylko wyobrazić co czują rodzice dzieci, które niestety musiały tak powitać świat. Pielęgniarki są gruboskórne, sama to zaobserwowałam leżąc po porodzie 4 miesiące temu, o wyjęcie welflonu prosiłam pól dnia, kiedy po raz kolejny poszedł przypomnieć o tym mój mąż usłyszał, że im nie trzeba dwa razy powtarzać. Ale dorosły to jeszcze zwróci uwagę, a takie maleństwo jest w pewnym sensie skazane na taką bezduszną babę. One nie są tam chyba z powołania!

  • Wiktoria
    Sty 27, 2016., 21:25 • Odpowiedz

    Współczuję takich traumatycznych przeżyć, ale byłam w Katowicach na oddziale z moim 3 miesięcznym synem, z podejrzeniem o zapalenie oskrzeli. Może przez te 8 dni, trafiłam na dobry personel, ale nie mogę złego powiedzieć, pielęgniarki z dobrym podejściem a i lekarze zastosowali leczenie bez antybiotyku, które przyniosło efekt, a synuś uniknął w swoim młodym życiu antybiotyków. .. Moja bratowa wylądowała tam z córeczką z przepuklina oponowo-rdzeniową, opieka była bez zarzutu i pielęgniarki z sercem. To był rok 2003, ja byłam w 2013. ..Smutne, że do patologicznych sytuacji też dochodzi, choć ja osobiście się z tym nie spotkałam.

  • Agnieszka
    Sty 27, 2016., 21:34 • Odpowiedz

    Moja corka rok temu urodzona w ciezkiej zamartwicy, lekarze mowili ze jesli przezyje to bedzie roslinka. Lezala tez na Karowej w Warszawie. Nie potrafie opisac jak wspaniala opieka nas tam obdarzyli!!!! Na ojomie moglismy siedziec z mezem przy corce cale dnie, co chwile pofdchodzila pielegnisarka sprawdzajac czy wszystko ok. Na patologi noworodka podobnie, moglismy byc razem przy corce. Rano czekaly na mnie pielegniarki zeby uczyc zakladania sondy. Kiedys corce spadla opaska mirzaca saturacje, pielegniarka tak szybko biegla ze w korytarzu pogubila kapcie. Lekarka z tego szpitala miala dyzor w tym innym szpitalu gdzie rodzilam., to ona utatowala jej zycie. Dlatego bardzo ciezko jest czytac historie ktore opisujesz, mielismy wiele szczescia.

    • Evelina
      Sty 27, 2016., 22:22 • Odpowiedz

      Calkowicie sie z Toba zgadzam, opieka na Karowej jest super!!!! Tak bardzo zalowalam, ze zgodzilismy sie na transport malego do Krakowa :(

  • Aga
    Sty 27, 2016., 21:44 • Odpowiedz

    Brak słów

  • Ilona
    Sty 27, 2016., 22:06 • Odpowiedz

    jestem w ciężkim szoku przeczytawszy twój artykuł ale niestety taka jest rzeczywistość i coraz częściej dochodzi do takich sytuacji ja miałam niestety też bardzo przykre doświadczenie w szpitalu w Ciechanowie gdzie trafiłyśmy z córeczka z wysoka gorączką i dusznościa przed 22 w piątek skierowano nas na odział oczywiście było już za póżno na jakiekolwiek badania więc pobrano jej tylko krew żeby zrobic podstawowe ja widziałam ze dzieje się cos złego bo znam swoje dziecko ale oczywiście lekarz który był na dyżurze powiedział ze panikuje podadzą tlen antybioyk zacznie działać i będzie dobrze tylko na co ten antybiotyk? przelezała biedna moja cała noc pod tym tlenem w masce dla dorosłego człowieka gdzie całą noc trzymałam jej bo jak 13-miesięczne dziecko miało leżeć w takiej masce samo a na drugi dzień było gorzej to była sobota i pan doktor na obchodzie przed 11 czyli miały kolejne godziny cenne dla mojej córeczki powiedział po zbadaniu i osłuchaniu dziecka cytuę'' dziecko jest w stanie ciężkim a my juz zrobiliśmy wszystko co mogliśmy'' gdzie nawet nie zrobiono jej rentgenu bo podobno aparat był zepsuty a co się potem okazało zdjęcię można było zrobić tylko opisu by nie było czyli widać by było czy cos nie tak z płuckami po wspaniałym tekście pana doktora powiedziałam aha to my z mężem teraz mamy czekać aż przestanie oddychac tak? bo już nikt nic nie zrobi, więc zrobiłam szum i jak lwica zaczęłam walczyc powiedziałam do męża musimy cos zrobic przewieżć ja sami do innego szpitała róbmy cos bo ona traci oddech, a wtedy pan doktor wzioł telefon i zaczął dzwonic do innych szpiali znalazł miejsce w Warszawie Instytut Pomnik Centrum Zdrowia Dziecka i prawie nieoddychające dziecko chiał skierowac na oddział dziecięcy przed tym jak przyleciał helikopter poszliśmy na rentgen mąż trzymał butlę ztlenem a ja moją kruszynkę cierpiącą okazało sie zapalenie pluc nie ma w tym szpitalu żadnego zaplecza więc lekarze którzy przylecieli z centrum intubowali ja tu na miejscu bo u nas nawet nikt nie umiał tego zrobić i poleciała moja księżniczka a ja z mężem samochodem musieliśmy dojechac wchodząc na ojom ordynator zaprosił nas do siebie i powiedział proszę państwa tan dziecka jest krytyczny jest zapalenie płuc masywne ''ciężkie'' proszę przygotowac się na wszystko co najgorsze nie jest wydolna oddechowo nawet pół procenta życie przestało dla mnie istnieć a gdy weszłam na ojom i ja zobaczyłam poprostu nie mogłam nic powiedzieć łzy zalewały mi oczy prosiłam Boga aby mi jej nie odbierał na szczęście tu nie spotkałam się z takim przypadkami jak wyżej że nieprzyjemne i wogóle tu trafiłam na osoby które naprawdę pracują z powołania podchodziły ciepło do dzieci i do matek pamiętam jak mnie uspokajały choć rozmawiałam tez z osobami gdzie i w centrum spotkały sie jeszcze z gorszymi sytuacjami niz nektóre mamy pisały wczesniej w komentarzach ja dziękuję tym ludziom i Bogu że udało się uratyować moja córeczkę właśnie tam Centrum Zdrowia Dziecka i naprawdę zarówno ordynator jak inni lekarze udzielali nam innformacji na bieżąco sami lub dgy my z mężem pytaliśmy o cokolwiek ale to co przeszliśmy to niezwykła trauma ja omal nie popadłąm w depresję nie było ze mna prawie kontaktu nie jest mi łatwo nawet o tym pisac ale chcę żeby ludzie wiedzieli co sie dziś dzieje w szpitalach nie życzę nikomu takich przeżyć

  • Barbara
    Sty 27, 2016., 22:08 • Odpowiedz

    Mój mały leżał w Ligocie w Katowicach pół roku.Najbardziej mnie wkurw.... jak pielęgniarki przychodziły na O-iom chore i smarkały nad tymi chorymi i słabymi maluszkami.Nawet maski nie zakładały,bo "najwięcej zarazków zostaje na nich " tak mi odpowiedziały.Natomiast na patalogii ciąży to dopiero się działo.Nawet przy mnie i doktorce pielęgniarka trąciła moje dziecko.Jak lekarka prowadząca poszła to powiedzieć ordynatorce to je odpowiedziała,że emocjonalnie podchodzi do mojego syna bo urodził się w 23 tc.Nie wszystkie takie tam są ale ani jedna taka nie powinna tam być !!!

    • Noemi Skotarczak
      Sty 28, 2016., 11:58 • Odpowiedz

      To ja po wyjściu Jana ze szpitala, miałam OBOWIĄZEK bycia zdrowym i w razie jakichkolwiek infekcji maska, gdzie Jach ważył już dwa kilogramy i był nieco odporniejszy niż na "dzień dobry" a tu takie coś? Dla takiego malucha każda infekcja jest groźna!!

  • Natalia
    Sty 27, 2016., 23:07 • Odpowiedz

    Córeczka urodzona na Polnej w 36 tygodniu ciąży przez cc z wrodzoną wadą przełyku oprowadza na ul. Szpitalnej w Poznaniu w drugiej dobie życia. Po operacji trafiła na ITN na Polną gdzie zaczęła się nasza przygoda z szpitalami. Na Polnej jak córkę przeniesiono na opiekę ciągłą potrafiłam siedzieć unię od godz. 8.00 do 2.00 w nocy. Jak widziałam co niektóre pielęgniarki robią z dziećmi bałam się ją zostawiać samą. Byłam świadkiem jak panie pomyliły butelki z mlekiem mamy. Śmiały się jak wyjmował nakrętki z kosztów tak jakby nic się nie stało. Moja córeczkę odwodnili, ponieważ nikt nie reagował na moje informacje o częstych strzelajacych kupkach. Do dziś pamiętam jak przyjechałam pełna nadziei do szpitala z własnym bodziakiem i czapeczką a wchodząc na salę poczułam się jakbym dostała obuchem w głowę, ponieważ córeczka znów leżała w inkubatorze. Ze względu na wadę malutka była karmiona prosto do żołądka poprzez wyłonioną gastrostomię. Niektóre pielęgniarki tak szybko wstrzykiwaly jej to mleko do brzucha, że córka juz w trakcie podawania płakała i się cała spinala. Były pielęgniarki cudowne anioły i gdy one były na oddziale mogłam spokojnie iść spać do hotelu, ale zdażały się takie przez które nie spałam po nocy. Jeszcze gorzej wyglądała opieka na ul. Szpitalnej gdzie trafiłam z dwumiesieczna córeczką. Położono nas na sali z dwójką dzieci których zrzekli się rodzice. Do tych dzieci nikt nie przychodził nawet gdy płakały. Sama chodziłam i podawałam smoczka bądź glaskalismy z mężem po główce, a łzy leciały jak grochy. Dzieciom dawano jeść przez smoczki zmega wielkimi dziurka mi by mleko szybciej leciało. Maluchy krztusily się przy tym, ale kogo to obchodziło. Pielęgniarki z pretensjami o wszystko. Nawet o to że małej wklucie pękło i lało się pod skórę, no bo przecież ja miałam to sprawdzić. Wyszłysy z oddziału po tygodniu a ja miałam taką depresję, że gdy usłyszałam następnego dnia od lekarza rodzinnego, że moja córka ma zapalenie oskrzelikow i musimy wrócić na Szpitalną, płakałam jak dziecko. Na Chirurgii pewna nieodpowiedzialna pielęgniarka z kaszlem takim, jak stary gruźlik zaraziła moją córkę grzybiczym zapaleniem płuc, z którym walczylysmy ponad miesiąc na Pulmonologii i cudem uniknelysmy respiratora. Teraz jesteśmy pod opieką Kliniki we Wrocławiu i złego słowa na pielęgniarki nie mogę powiedzieć. Nawet noworodki mają tam cudowną opiekę. Byłam świadkiem jak pewnej mamie dzidziuś płakał całymi dniami, ona była wykończona i pielęgniarki same przyszły po mąłącznie, włożyły do akwarium i jeździły z nią po korytarzu a mama mogła się wykąpać i chwilę zdtzemnąć.

  • joanna
    Sty 28, 2016., 08:36 • Odpowiedz

    z cieżkim sercem czytam to wszystko gdyz jestem pielęgniarką nie chce mi sie w to wierzyć a jednak wierze w każde słowo ale na szczęście nie wszystkie pielęgniarki nie mają uczuć moge tylko powiedzieć przepraszam chociaz wiem ze to niewiele wam pomoże

  • Ania
    Sty 28, 2016., 09:20 • Odpowiedz

    wydaje mi się, że to nie wina systemu ani niczego innego, to tylko i wyłącznie wina ludzi - to, że są nieludzcy i traktują drugiego człowieka (małego człowieka) jak zło konieczne, i nie pomogą, żadne akcje typu "rodzić po ludzku" ani żadne inne dopóki ludzie nie będą dla siebie ludźmi

  • Alicja
    Sty 28, 2016., 09:41 • Odpowiedz

    Mój nie był wcześniakiem ale kiedy miał dwa tyg wróciliśmy do szpitala bo miał niewyleczone do końca zapalenie dróg moczowych (oczywiście ja go zarazilam i wszyscy po porodzie mnie o to oskarzali chociaż przed porodem byłam badana-zdrowa, tłumaczyłam się dosłownie każdemu ale mniejsza z tym)żółtaczka nie przechodziła. Pomijając to że pielęgniarka kazała MI dziękować Bogu że w końcu znaleźli "dobra" żyłę do wbicia wenflonu, cała główka, raczki, nóżki pokiereszowane. Zakładali mu wenflon dla starszych dzieci, nie dla noworodków. Po dwóch dniach wpadli na to żeby pójść na neonatologie i wziąć mały wenflon. W największy szok wpadłam jak przyszła pielęgniarka i wsadzia zimne ręce do inkubatora, złapała małego za nóżki i powiedziała "mam takie zimne ręce a ty się nie budzisz?" . Nie widziałam co powiedzieć, chyba szok odebrał mi mowę. Nie ogarniałam swoim rozumem że takie rzeczy można robić dwutygodniowemu dziecku. Na cały oddział była tylko jedna taka pielęgniarka. W jednym i drugim przypadku to była ona. Reszta to były naprawdę anioły.

  • Magdalena
    Sty 28, 2016., 11:09 • Odpowiedz

    I skąd ja znam "zakażenie wewnątrzmaciczne"... Wszystkie posiewy, badania w porządku. A moje dzieciątko "złapało" drobnoustrój normalnie występujący na skórze, który znalazł się we krwi. Ładnie i łagodnie brzmi dla ucha mamy, a w domu patrząc na wypis- gronkowiec złocisty. Fakt leczenie biodacyną przyniosło pożądany efekt, ALE...no właśnie, ale

  • kasia24a
    Sty 28, 2016., 12:28 • Odpowiedz

    To straszne co Pani piszę, ale nie należy wrzucać wszystkich do jednego wora! wiem że są tam też wspaniałe osoby,pełne empatii! Uważam że Pani artykuł krzywdzi te osoby! Wiem co mówię moja córka leżała na oiomo i patologi ponad miesiac.

    • Noemi Skotarczak
      Sty 28, 2016., 15:18 • Odpowiedz

      Chwila moment, bo czegoś nie rozumiem. Czy ja gdziekolwiek napisałam, że tyczy to wszystkich Oddziałów Neonatologii? Ja o Jasia OIOMie nie mogę złego słowa powiedzieć. Jaś miał położną anioła. Poza tym bierne patrzenie jak koleżanki znęcania się nad tymi dziećmi, to poniekąd współudział.

  • mia
    Sty 28, 2016., 13:50 • Odpowiedz

    Podczas czytania człowiek napełnia się taką niemocą, że aż wyć się chce... Myślę, że to jest efekt poczucia bezkarności, bo przecież pielęgniarek brakuje nie mówiąc już o lekarzach. Dlatego wszystkie jak leci są przyjmowane bez selekcji, bez odpowiednich szkoleń i badań, które choć częściowo sprawdzą czy taka osoba może pracować z tak "wymagającymi" dziećmi. Najgorsze jest to, że są to kobiety, które same rodzą i wiedzą co to jest strach o dziecko więc gdzie empatia, gdzie poczucie odpowiedzialności !!!!!!!!! - jak ma funkcjonować ten kraj jeżeli już na samiuteńkim początku życia kompletnie "go" nie szanujemy!!!!!!!!!! Wiem, że są też oddane i mądre pielęgniarki, nie zapominajmy o tym, bo inaczej lepiej nie rodzić...

  • Wronkowa mama
    Sty 28, 2016., 14:28 • Odpowiedz

    I tu powinno się napisać imiona i przynajmniej inicjały nazwisk pracowników, którzy zaniedbują swoje obowiązki. W przeciwnym razie nikt nie będzie się czuł winny i nic się nie zmieni :(

  • Zaneta
    Sty 28, 2016., 15:27 • Odpowiedz

    Nasz synek zmarł w Gdańsku na klinicznej. przyczyną śmierci według lekarza była sepsa ale po tym artykule... Byłam u niego,półtorej godziny później miałam TEN Telefon :-( Moi chłopcy to tez wczesniaki, szpital PCK w Gdyni niestety nie był przyjaznym miejscem dla rodziców,czuliśmy się tam jak intruzi. potwierdzam, takie sytuacje jak opisują tu panie mają miejsce na oddziałach wcześniaków,łącznie spędziłam tam pięć mcy. Byłam wyjątkowo " upierdliwa" bo byłam przy małym całe dnie.

    • Noemi Skotarczak
      Sty 28, 2016., 17:39 • Odpowiedz

      Sepsa jest dość częstym zjawiskiem u wcześniaków ... niestety. Kosiarz niemalże taki sam jak NEC, czasem do mnie dociera ile mieliśmy szczęścia, bo Jasia ani sepsa ani NEC nie ominęła ...

  • Szymon
    Sty 28, 2016., 20:14 • Odpowiedz

    Najgorsze jest to, że tak naprawdę nie wiadomo jak się zachować. Z jednej strony mamy nadzieję, że dziecko jest w dobrych rękach, a z drugiej sam widziałem zaniedbania. Do jakiego stopnia można na nie przymknąć oko? Bo co gdy "pielęgniarki" ( bo nie wszystkie zasługują na miano osoby, która powinna pielęgnować) po skargach będą się mścić na naszym dziecku? Przecież gdy dziecko leży na intensywnej to nie mamy do niego dostępu cały czas. I zaczyna się myślenie, że zagryzę zęby i przemilczę chamskie odzywki, nieprzekazywanie ważnych informacji czy zakazy dostępu do dziecka wbrew regulaminowi. Niestety miałem nieprzyjemność z patologią noworodka na GCZD w Katowicach.

  • Ania
    Sty 28, 2016., 21:02 • Odpowiedz

    W 2012r w 8 miesiącu ciąży leżałam w tym samym katowickim szpitalu10 dni , przez te 10 dni straciłam 8kg , tak byłam gnębiona przez pana ordynatora....miesiąc pozniej tam rodziłam , to przez co przeszłam nie zapomne do końca życia , wyżywanie się ordynatora....poniżeń od położnych , a następnie całkowitego pozostawienia samej sobie po porodzie , po tym jak mąż zwrocił uwage jednej z tych PAŃ . Kilka tygodni temu wylądowałam z 3letnim dzieckiem z urazem głowy niestety jeszcze raz w tym szpitalu , to jest jakiś horror nie szpital , dziecko , miało podejrzenie wscząsu mózgu , gdy przed gabinetem Pani neurolog poprosiłam o pomoc bo dziecko poraz kolejny zaczeło wymiotować i się krztusić usłyszałam ze ona teraz bada ( w tym samym momencie kiedy mi to wykrzyczała pacjęt opuszczał jej gabinet) po czym zamiast mi pomóc zapytała czy nie mam worka bo dziecko zabrudziło korytaż , a następnie zebym wzieła papierowe ręczniki i to posprzątała , widać ta pani pomyliła zawody bo skoro interesowała ją bardziej czystość korytarza niż zdrowie i życie 3letniego dziecka to powinna zostać sprzątaczką a nie lekarzem, bo tam zpewnością wykazałaby się lepiej . modle się bym nigdy więcej nie musiała jechac do tego szpitala

  • Z dala od miasta
    Sty 28, 2016., 21:18 • Odpowiedz

    Lutycka, Poznań. Mój synek urodził się w 36 + 6 t.c Dostał 10 AP. Wszystko było ok dopóki jedna z pielęgniarek nie stwierdziła ze synek ma problemy z oddychaniem, ponieważ wydawał dźwięk podobny do miauczenia małego kotka. Doskonale wiedziałam, że może to być problem z układem oddechowym, ale oprócz tego miuczenia synek nie miał innych objawów np. pojawiającej się sinicy obwodowej. Wiedziałam, że wystarczy kangurowanie. Mały się ogrzeje i będzie ok. Zabroniono mi tego kategorycznie i zabrano na neonatologie do inkubatora. I leżał w inkubatorze podłączony tylko pod pulsoksymetr bo nic się z nim złego nie działo! Chciałam karmić piersią. Po porodzie zresztą zdążyłam dwa razy przystawić go do piersi. Ssał jak smok. Z inkubatora nie chcieli go wypuścić bo muszą obserwować, więc powiedziałam, że chcę przychodzić go karmić. "Ale po co, ma się pani okazję wyspać" - powiedziała jedna z pielęgniarek. "Ale ja chce go karmić piersią więc pytam kiedy mogę przychodzić." Pielęgniarką z łaska zanotowała mój numer telefonu i powiedziała, że maja taki sposób, że jak dziecko się obudzi na karmienie to one dzwonią po mamę. Ok. Ucieszyłam się. To było koło 20:00. Minęły trzy godziny, cztery. Nic. Minęło pięć. Poszłam na neonatologię i zostałam odprawiona z kwitkiem. Niby spał. Pytałam czy nie był głodny. Niby nie....Minęły następne dwie. Nikt nie dzwonił. Po ośmiu godzinach wkurzyłam się i poszłam raz jeszcze. Ta sama historia, że śpi i ze nie jest głodny. Ale tym razem nie dałam za wygraną. "Chyba nie chce mi pani powiedzieć, że przez 8 godzin noworodek ani razu nie był głodny??? Chce go NAKARMIĆ!" No proszę, proszę" - znów z wielką łaską. Synek rzeczywiście spał. Twardym snem. Wzięłam go na ręce. "Tylko nie za długo!" - usłyszałam za plecami. Przystawiałam go do piersi a on nic. W ogóle nie był zainteresowany, płakał jak mu chciałam dać pierś. Zapytałam więc pielęgniarki czy dostawał coś do jedzenia. "Nie nie dostawał mleka, prosiła pani, żeby dzwonić" Patrzyły na mnie jak na idiotkę choć doskonale wiedziały, dlaczego mały płacze. Ja też się w końcu dowiedziałam, bo w końcu przystawiłam go do piersi i pociągnął z 2 łyki maminego mleka po czym ostentacyjnie ulał GLUKOZĄ. Upychały w niego glukozę!! Wściekła jak osa powiedziałam "Podobno nic mu panie nie podawały do jedzenia??" Jak mi odpowiedziała pielęgniarka? "No do jedzenia nie, glukoza to przecież picie" Ręce i nogi opadają.......

  • Aga aga
    Sty 29, 2016., 05:51 • Odpowiedz

    Mam porównanie... Mój syn z wada serca lezal w Krakowie Prokocimiu 3 razy po operacjach na OIOKCH .. Ostatni raz w sierpniu ubiegłego roku mając 3 latka... Odwiedziny oczywiście w wyznaczonych godzinach ale pielęgniarki cuuuudowne. Miał wszystko co chcial , telewizor dla siebie, ogrom zabawek, chcial soczek to ciocie kupowaly soczek, bawily sie z nim ... Naprawde co do opieki nie mogłabym złego slowa powiedziec! Za to gdy moja córcia leżała w Katowicach... Ah wychodziłam i płakałam... To co piszesz... Wszystko sie zgadza! Bylam tak zalamana ze zadzwoniłam do docenta do Krakowa i prosiłam o przeniesienie dziecka ale na szczęście leżała tam tylko pare dni ale to byla katastrofa!!!! Dlatego kocham ciocie z Krakowa!! :)

  • Bizimummy
    Sty 29, 2016., 09:14 • Odpowiedz

    3 dni czytałam ten tekst. Tak na raty, bo na raz nie byłam w stanie. Takie historie nie są na moje nerwy. Moja córka urodziła się w terminie i nie mam pojęcia, co mogą przeżywać rodzice wcześniaków i nawet nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Przykre, że ludzie, których zadaniem powinno być otaczanie szczególną opieką małych pacjentów, ale również wspieranie rodziców, nie robią tego. W ogóle jakim trzeba być człowiekiem, żeby w tak chamski sposób zwracać się do rodziców, którzy cierpią patrząc na swoje maleństwa i całą aparaturę. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby tak brutalnie traktować maleństwa, które walczą o życie! W głowie się to nie mieści.

  • Beata
    Sty 29, 2016., 17:05 • Odpowiedz

    Witajcie. Nigdy nie byłam dobra w pisaniu ale po przeczytaniu tej historii chciałabym opowiedzieć swoją. Mam do opowiedzenia zarówno zdarzenia z porodu na Ligocie jak właśnie Górnośląskim Centrum dziecka: Po naturalnym porodzie, który trwał 8 godzin przystawiono mi szybko maleństwo (dano 8/10 choć nie wiem czemu bo w książeczce nie ma a nikt nie potrafi mi teraz powiedzieć) i zawieziono na oddział- tam właśnie zaczyna się mój koszmar w szpitalu. Inne matki śpią i ja przysypiam a w przerwach co godzinę ich pociechy krzyczą o jedzenie a mój syn dalej smacznie śpi. Wybudzam go i staram sie przyłożyć ale odgina głowę lub łapie i zasypia nie biorąc nawet łyku. Walczę tak cały dzień i proszę w między czasie położne czy jak je się te kobiety tam nazywa by mi pomogły na co one szybko głowę wbijały w pierś i zmykały. Mój syn oczywiście nadział sie na pierś ale na tym się kończyło. Zdesperowana zawołałam o 20 jedną z kobiet na co ona odpowiedziała że syn źle wygląda i go zabrała. Całą noc płakałam czekając na wiadomość której nie otrzymałam a rano kobieta przywiozła synka stwierdzając, żę go już oddaje bo się na pewno wyspałam!! walczyłam tak z niejedzeniem mojego synka dwa dni aż dostałam takiej histerii że wreszcie jedna kobieta zlitowała się i pokazała jak przystawić mam synka. Brał po 3 łyki! i zasypiał, ale chociaż tyle. Co noc mi go zabierali bo się darł nie tłumacząc co i jak, aż w końcu zaczęłam prosić by mi mówili dlaczego żebym go uspokajała a nie zabierali na noc ode mnie, gdzie wiedziałam że go sztucznie dokarmiają bo się z tym nie kryły a mi tak zależało na karmieniu piersią bo urodził się w 37 tygodniu ciąży a lekarze oceniali małego na 36. Kolejnej nocy znowu mi go zabrali twierdząc że go męczę bo tak płakał! po trzech dniach okazało się że ma silną żółtaczkę. Mąż wyczytał, że w takich wypadkach dziecko śpi tak mocno że może w ogóle nie jeść. Odciągałam mleko co 3 godziny dla synka by mu podawały jak był na lampkach bo z 2700 spadł na 2400 ale jak się rano okazało gdy byłam spytać czy starczyło mleko że mu w ogóle nie podały bo mały spał!!!!! nie jadł 10 godzin. Płakałam i z tym bólem byłam sama. W tym szpitalu spędziliśmy 12 dni bo żółtaczka wracała a sprzeczność lekarza i pielęgniarek to też inna historia o której mogłabym tu opowiedzieć. Teraz o Górnośląskim Centrum Dziecka, gdzie trafiłam z silnym ulewaniem i biegunką dziecka gdzie spędziłam 20 dni. Przez pierwsze 5 nie było dla mnie pokoju i przyjeżdżałam do synka codziennie i siedziałam w godzinach w których mogłam. Mleka mi nie starczało na tego głodomora i go dokarmiano a to wynikało z tego że mały miał na początku problemy z jedzeniem i musiałam rozkręcać laktację ciężką pracą (ale się udało). Narzekano tam że mały to złośnik i terrorysta bo wrzeszczy tak że cały oddział słyszy tak wiec chyba tylko dlatego znaleziono mi po tych 5 dniach pokój gdzie zajmowałam się synkiem, oczywiście odpłatnie. To co tam widziałam i słyszałam oraz doświadczyłam sprawiło, że poczułam niesamowity żal po raz drugi do systemu, który w moim przekonaniu jest chory a wydawane pieniądze są tak naprawdę chyba na budynki i lekarzy bo na pewno nie na leczenie. Do pokoi wsadza sie rodziców z dziećmi bez segregacji i jeżeli trafisz tam z jakimś podejrzeniem wady genetycznej czy innej przypadłości nie wirusowej to możesz być prawie pewna/y że dołożą Ci dziecko z jakimś wirusem groźnym lub nie zależy jak bardzo będziesz mieć szczęście. Mój syn leżał z dziewczynką, której sprawdzali narządy wewnętrzne a mój synek miał podejrzenie rotawirusa lub innej infekcji! okazało się że jednak nie ale zagrożeniem był dla tej dziewczynki. W pokojach obok dziecko z grypą leżało z dzieckiem które miało coś z kością ogonową.... tak mogę długo bo leżałam trochę. Jeśli chodzi o noc to te dzieci, które nie mają "wygaru" i nie zakłócają ciszy nocnej na pół szpitala plączą nawet całą noc. Słyszałam, że dzieci mogą płakać do godzin i im to nie szkodzi!!! nie skomentowałam. Gdy jedna z matek pytała mnie czy jej dziecko śpi w nocy czy płacze bo jej ktoś powiedział że tak całą noc i one mają to gdzieś a ona nie może być z nim bo ma dzieci w domu - widziałam cierpienie w oczach, skłamałam że śpi jak anioł i tu się opiekują dziećmi- co miałam zrobić jak widziałam że inaczej się kobieta załamie a i tak zostać nie może z dzieciątkiem. Mój syn tam leżał tak długo a badania miał śmieszne krew ogólnie sprawdzaną tylko na rota i krew. Ciągle słyszałam że to przez mój pokarm i czas przejść na sztuczne!!! byłam traktowana przez wszystkie tam pielęgniarki jak sadystka bo się upierałam przy moim mleku, które odciągałam bo chciały wiedzieć ile zjadał. Doprowadziło to do tego, że jadłam same wafle ryżowe i też usłyszałam że od nadmiaru ryżu dziecko ma zatwardzenie. Piłam dwa dni samą wodę i tabletki wapno by zębów nie stracić a dziecko jak wyło tak wyło i dalej miało ulewania i kupki ze śluzem. Dostał sztuczne mleko jako zalecenie od lekarza dyżurnego gdzie z moim lekarzem uzgodniłam że nie będziemy mu mm dawać. Poddałam się na dwa dni synek otrzymywał Nutramigen, po czym w niedziele lekarz stwierdził że da mu bebilon pepti ale się nie zgodziłam i powiedziałam że niech ma ten Nutramigen jeszcze trochę bo takie zmienianie co dzień nie jest dobre i przystał na to. Gdy wrócił mój lekarz był zdziwiony gdy mu powiedziałam że dostaje sztuczne i nie wiem czemu. Tydzień wracałam do swojego pokarmu stopniowo bo podobno nie można tak od razu a przy okazji było sprawdzane czy mały cierpi gdy dostawał do moich butli nic mu nie było potem miał bóle i jedna z pielęgniarek powiedziała, że to nieludzkie swoje dziecko tak męczyć i lepiej dać mu sztuczne niż katować dziecko! Po wyjściu ze szpitala bo skłamałam że kupy robi już dobre(nie śluzowe) i nie ulewa okazało się że synkowi stopniowo przechodzi. Dzisiaj bez lekarzy mogę powiedzieć co było mojemu synkowi- mieszanie pokarmu matki i mm bebilon prowadzi do mocnej reakcji alergennej u mojego synka jak również bebiko i innych. brak siary w szpitalu po porodzie sprawił, że mojemu synkowi wolniej dojrzewały jelita co też miało niefortunny wpływ na całą sytuacje. Od początku wmawiano mi że nie mam w piersiach pokarmu bo są miękkie (położna środowiskowa) a potem że mój pokarm szkodzi (lekarze i pielęgniarki w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka). Czy mojemu dziecku szkodzi mleko-nie ma się dobrze i rozwija prawidłowo, czy mam mleko w piersiach, mam choć musiałam na to ciężko zapracować bo start był nieprawidłowy. Karmienie piersią jest indywidualną sprawą każdego ale w moim subiektywnym przekonaniu jest to najlepsze co możesz dać swojemu dziecku. Nie prawdą jest, że Twoje mleko szkodzi (czasem wystarczy zmodyfikować dietę bo są rzeczy na które dziecko źle reaguje) jak również nieprawdą jest że nie jesteś w stanie wykarmić dziecka, bo jesteś choć czasem wymaga to cięższej pracy. Warto wtedy wybrać się do doradcy laktacyjnego, ja znam super kobietę z Gliwic gdzie przyjmuje w szpitalu.

  • Anioły. – MATKA PREZESA
    Sty 29, 2016., 17:55 • Odpowiedz

    […] tygodniach życia, osobami, które na swoje barki biorą życie tych dzieci. I choć mój ostatni wpis ukazywał patologię na oddziałach neonatologicznych, nie możemy ominąć również tych […]

  • Marta
    Sty 29, 2016., 20:10 • Odpowiedz

    Moje dziecko rowniez lezalo w Katowicach na Oddziale Intensywnej Terapii i Patologii Noworodka. Spedzilo tam prawie 3 miesiace. W wyniku zaniedban personelu i bledow diagnostycznych lekarzy po 5 dniach wrocilo tam z powrotem. Na szczescie na inny oddzial. Na oiomie ogolnym w tym szpitalu jest w ogole inny swiat, pielegniarki z powolania, lekarze wspaniali. Na oiomie noworodkowym uzyskanie informacji o stanie dziecka graniczyli z cudem, lekarz prowadzacy uciekal przed rodzicami trzeba bylo czekac 3h zeby wejsc do dziecka na 10 minut. Rozkarmianie dziecka po operacji trwalo wiecznosc, lekarze za dlugo zwlekali z podaniem mleka, nie rozpoznali zapalenia otrzewnej, ktore doprowadzilo do powstania gigantycznycb zrostow u mojego syna. W karcie dziecka wpisane byly rehabilitacje, przy czym po 2 miesiacach pobytu dziecka na oddziale rehabilitankta powiedziala mi ze nie zna takiego dziecka. Skargi u ordynatora? Bylam, nie poskutkowalo, pani ordynator potraktowala mnie jak idiotke, sugerujac ze to moja wina ze moje dziecko jest chore. Tuz przed Bozym Narodzeniem, zastepczyni oddzialowej zarzadzila ze ojcowie moga odwiedzac matki przybywajace z dziecmi w pokojach na 20 minut dziennie. Dodam, ze do domu mam prawie 500 km, wiec jak przyjechal do nas maz chcial posiedziec dluzej. Po interwencji u siostry oddzialowej zakaz zostal zniesiony w naszym przypadku. Odnosnie mleka, to musialam sama ciagle pytac lekarzy czy moge przynosic dla malego juz swoje mleko, bo po operacji dlugo czekali z karmieniem go, podobnie po przebytym rotawirusie. Dziecko bylo wypisywane do domu przez miesiac, wyszlo przy 4 podejsciu, bo ciagle lapalo tam jakas infekcje, na wypisie brednie, wpisana operacja ktorej w ogole nie bylo tylko dlatego ze gdzies w dokumentacji zostala moja zgoda podpisana na wrazke gdyby.... 8 pietro polecam omijac szerokim lukiem. Opieke na 1 pietrze z calego serca polecam.

  • Anjanka
    Lut 07, 2016., 12:12 • Odpowiedz

    Udostępniam, bo o tym musi, po prostu musi być głośno!

  • Monika
    Mar 14, 2016., 12:11 • Odpowiedz

    Oj, skad ja to znam... Syn spedzil prawie 4 miesiace w 3 roznych szpitalach... Tam gdzie sie urodzil, trafil od razu na intensywna terapie, bo urodzil sie w zamartwicy. A ile ja sie nasluchalam... ze to, ze sie urodzil w tak ciezkim stanie to moja wina, bo nie dbalam o siebie w ciazy, ze na pewno nie robilam podstawowych badan... a to, ze robil rzadkie kupki to dlatego, ze sie najadlam czegos niedozwolonego i teraz dziecko cierpi... Przez ponad 2 miesiace nie dalo sie syna zdjac z respiratora (mimo, ze urodzil sie w terminie, ale z hipotrofia (wazyl 2250g po urodzeniu). Zostal przeniesiony do innego szpitala, gdzie w koncu sie udalo. Okazalo sie jednak, ze oddycha ciezko przez skrzywiona przegrode nosowa (ponoc bo intubacji przez nos). Mial wielkie problemy z jedzeniem, bo sie dusil gdy jadl. Odciagalam mleko i podawalam butelka, ale nadal sie meczyl, w koncu zaczal byc dokarmiany sonda. Podjeli decyzje o zabiegu wyprostowania przegrody, zostal przewieziony do kolejnego szpitala, gdzie mial miec rzekomo zrobione to przez najlepszych we Wroclawiu laryngologow. Po zabiegu, po ktorym rzekomo mialo byc lepiej, syn trafil pod respirator, bo wysilek oddechowy sie zwiekszyl, a saturacja na poziomie 50%. Zapytalam lekarza prowadzacego jak to w ogole mozliwe, ze niby mialo byc lepiej, a jest gorzej niz bylo zaraz po urodzeniu. Uslyszalam, ze tak sie czasami dzieje, a u dziecka nigdy nie mozna przewidziec jak sie rozwinie problem. Tydzien po zabiegu zostala podjeta decyzja o zrobieniu tracheostomii, by sciagnac go z respiratora i umozliwic samodzielny oddech. Jak sie okazalo przyczyna bylo uszkodzenie krtani przez nieprawidlowe zaintubowanie do zabiegu. Do winy oczywiscie nikt sie nie przyznal, ich slowa byly takie, ze ja mialam taka trudna ciaze, ze teraz dziecko ma tyle problemow. Kosztowalo nas to wiele nerwow. Dzis syn ma 2 lata, od roku jest bez rurki tracheostomijnej i oddechowo radzi sobie super. Rekonstrukcja krtani odbyla sie w Gornoslaskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach i od tego czasu syn oddycha normalnie. Czasami zaluje, ze tak pozno trafilam na tak wspanialych laryngologow jak tam, bo moze obeszloby sie bez rurki. Ale wspomnienia po porodzie mam bardzo zle, nie raz sie zegnalam z synem, bo lekarze powiedzieli, ze nic juz nie moga zrobic, nie raz mial przetaczana krew, ale pokazal wszystkim jak silna ma wole zycia. A juz na samym poczatku zostal skazany przez ordynatora na smierc.

  • Czy pielęgniarki mają prawo strajkować? – MATKA PREZESA.pl
    Cze 04, 2016., 16:25 • Odpowiedz

    […] czas temu napisałam temat „Przestań drzeć tą gębę, matka zaraz przyjdzie” – czyli zachowanie nie do przyjęcia na oddziałach neonatologicznych. W bardzo […]

  • NIK rozwiewa złudzenia. Standardy bez standardów na porodówkach. – MATKA PREZESA.pl
    Lip 28, 2016., 15:10 • Odpowiedz

    […] zlewu – na dodatek na oddziałach neonatologicznych – pisałam już jakiś czas temu. O TU. NIK ustalił, że aż 38% dzieci otrzymuje mleko modyfikowane po porodzie, brakuje wsparcia […]

  • Mada
    Paź 04, 2016., 10:54 • Odpowiedz

    Szok, szkoda maleńkich dzieci i rodziców. Proszę Was matki pamiętajcie, że na terror położniczy/pielęgniarski są paragrafy. Placówki medyczne płacą ubezpieczenie, aby w razie W móc wypłacić odszkodowanie. Nikt z pogrążonych rodziców o tym nie myśli, ale jak przez zaniedbanie dziecko będzie niepełnosprawne do końca życia nikt Wam finansowo nie pomoże :/ Za terror pielęgniarski w Polsce już niedługo też będą wypłacane odszkodowania, bo zwroty białego personelu do nas rodziców czy dzieci wołają o pomstę do nieba. Nagrywajcie wszystko, w dobie telefonów komórkowych z kamerkami to nic trudnego, łatwiej będzie udowodnić fakty. Straszne, że kobiety wobec kobiet załamanych stanem zdrowia dzieci mogą się tak zachować. Ja walczę w sądzie po błędach okołoporodowych i wiem jak jest ciężko, trzymajcie się, w nas siła!

  • Instrukcja dla nowych rodziców. Czyli jakie mamy prawa w szpitalu. Na co warto się przygotować. | Szczepić czy Nie?
    Lut 04, 2017., 22:49 • Odpowiedz

    […] http://matkaprezesa.pl/2016/01/przestan-drzec-ta-gebe-matka-zaraz-przyjdzie.html […]

  • Teresa
    Kwi 14, 2017., 07:35 • Odpowiedz

    Mój synek był na żółtaczkę w szpitalu św. Ludwika. Regularne kłótnie z pielęgniarkami były na porządku dziennym. Wstrętne babska komentujące wszystko co się da i którym nie chciało się ruszyć, zasada nr 1 - każdy rodzic ma być w szpitalu 24h (u nas akurat było to niemożliwe, bo byliśmy gdzieś koło 17-18h), regularnie przywożąc odciągnięty pokarm, ale to źle, bo te 6h one musiały zająć się dzieckiem, a przecież od czego one tam są?? Nie każdy ma możliwość być w szpitalu 24h na dobę, w szzczególności po ciężkiej cesarce i w połogu, a gdzieś trzeba w spokoju i higienicznie odciągnąć mleko (wyparzanie laktatora w kuchni gdzie jest napisane - nie używać ze względu na epidemię jelitówki, to chyba nie najlepszy pomysł!!), umyć się (podstawa w połogu!). Akurat my głośno mówiliśmy co myślimy, więc były awantury. Plus terror laktacyjny (zero wsparcia czy porady) i niemiłe odzywki na tym tle, gdzie początkowo miałam duże problemy z karmieniem i bardzo mnie to stresowało. Brak słów!!

ZOSTAW KOMENTARZ

loading
×