Strach.

Któregoś razu zachorował. Nie po raz pierwszy, a po raz setny z pewnością. Przestałam liczyć dawno temu, bo zabrakło mi cyfr w pamięci. Gorączka, kaszel, praktycznie standard. Byłam sama w domu, w dresie (brudnym), z rozczochranymi włosami i jedną myślą: “kawy” i drugą “spać”. Gdzieś tam, był on. Rozpalony, z wysoką gorączką, kaszlący. Podawałam mu lek przeciwgorączkowy, a wcześniej sterydy na płuca. A potem zaczął się dusić i nie mógł złapać powietrza …

Kiedy to piszę nadal przechodzi mnie ten dreszcz co wtedy. Dreszcz strachu. Ile razy balansowaliśmy na granicach, na których balansować nigdy nie powinnyśmy. Działałam wtedy jak automat, wyciągnęłam z szafki lek, którego nigdy wcześniej nie użyłam, ale który mieliśmy “w razie WU”. To “w razie WU” właśnie nastąpiło. Jaś nadal źle oddychał, nadal miał problemy z oddechem, ale po podaniu leku wrócił do siebie. Przynajmniej na tyle, by zasnąć w gorączce, a ja wykonałam kolejny telefon tego dnia. Dwie godziny później miałam lżejszy portfel.

W wieku 2 lat podczas kolacji zakrztusił się. To była nasza wina. Pozwoliliśmy mu w momencie jedzenia poskakać po łóżku. Właściwie obydwoje mówiliśmy, że ma usiąść i spokojnie zjeść, ale nie posłuchał. Zaczął się robić najpierw czerwony, a potem było gorzej. PT próbował udzielić pierwszej pomocy, a ja … stałam. Stałam w drzwiach pokoju i krzyczałam. Krzyczałam, że ma go ratować. Znałam teorię pierwszej pomocy od dawna, ale kiedy miałam ją zastosować nogi odmówiły mi posłuszeństwa, mózg się wyłączył. Widziałam tylko ich dwóch, jego w coraz gorszym stanie, siebie krzyczącą i PT, który po chwili sprawił, że Jaś zaczął z powrotem oddychać. Płakałam w łazience. Płakałam i nie mogłam się uspokoić.

Obudził się o 5:30 rano z krzykiem. PT zdążył już wyjść do pracy. Ja miałam nastawiony budzik na 6:30. Krzyczał z bólu. Bolał go brzuch. Zaspana próbowałam sobie przypomnieć po której stronie jest wyrostek. Nie umiałam sobie przypomnieć. Pogotowie, taksówka, czy moja mama? Budzę moją mamę, nerwowo opowiadam co się stało. Przyjeżdża. 20 minut później jesteśmy na pogotowiu. Godzinę później w domu. Chwilowe, nic groźnego. Ze strachu myślałam, że zwymiotuję, bo jakiś czas wcześniej czytałam o dziecku chorym na raka.

Kiedy miał 2 miesiące i ledwie wyszedł z oddziału neonatologicznego po porodzie trafił na Oddział Dziecięcy. Znowu szpital. Kiedy wychodziliśmy stamtąd po trzech tygodniach obiecałam, że nigdy tam nie wrócimy. Nie wiem czy obiecywałam to bardziej sobie czy jemy. Miałam dość szpitali. Wylądowaliśmy tam dopiero 4 lata później. Miał wycinany trzeci migdał w swoje czwarte urodziny. Zamiast “Sto lat” jest krzyk i płacz. Jego krzyk, mój płacz. Po chwili jest po wszystkim. Całą noc nie śpię. Czuwam. Jestem. O 5 rano czytam już bajki. Potrzebuję kroplówkę z kawą. Albo i dwie … Wychodzimy do domu kilka godzin później. Kładę się na 1,5 godziny a potem  lecę po prezent urodzinowy. Ten wymarzony tor. Kładę koło jego łóżka, bo on śpi. Zmęczony. A my czuwamy …

Zmywam naczynia. PT wyciąga Jana z łóżeczka. Kilka dni po wyjściu ze szpitala. Zapomina wyłączyć monitor oddechów. Po chwili rozlega się charakterystyczny dźwięk. Zanim docierają do mnie słowa: “Sorry, zapomniałem wyłączyć!“, czuję, że całą wieczność spadam w dół … w dół strachu.

Macierzyństwo … takie piękne. Jednocześnie takie trudne.

Dzisiaj wiem czym jest strach, miłość, poświęcenie i radość w jednym. Wiem ile trzeba walczyć by być i jak niewiele potrzeba by to wszystko stracić.

A ja bym chciała miłości bez strachu.

Tak po prostu.

 

 

KOMENTARZE (2)

  • Matka
    Lis 02, 2015., 19:17 • Odpowiedz

    Tez bym chciala ciagle sie boje . Moja corka urodzila sie z rzadką wadą serca . Ma niedolnosc watroby nerek jelit jest cala spuchnieta pod respiratorem jest zauntubowana w spiacze . Boje sie kazdego dnia gdy dzwonie do szpitala . Jade do niej nic nie jem wymiotuje . Nie mam sily

  • Anna
    Lis 02, 2015., 21:44 • Odpowiedz

    Kurcze.. nie wiedziałam, że ktoś tak jeszcze ma jak ja. Myślałam, że to przez wcześniactwo Młodej.. W życiu nie powiedziałabym, że masz "taką przypadłość". Jak radzisz sobie w pracy, potrafisz się skupić? Ja czuje jakbym miała jakąś kulę z ognia w środku i jątrzy we mnie dziurę co raz to większą. Myślałam, że to przechodzi z wiekiem dziecka, nie.. nie przechodzi. W takim razie jak żyć?

ZOSTAW KOMENTARZ

loading
×