Hiszpanka – antydzieło.

 

Film, który zachęcił nas do pójścia do kina z dwóch względów.

Po pierwsze: mieliśmy tańsze bilety, bo firma Ojca Prezesa je finansowała i za nas dwoje, zapłaciliśmy grosze.

Po drugie: jesteśmy z Wielkopolski, miało być o Powstaniu Wielkopolskim, z którego Wielkopolanie są bardzo dumni, więc jakaś potrzeba mentalna też była. Tym bardziej, że nasi pradziadkowie brali w tym udział.

No i się rozczarowałam.

Sam tytuł mało miał wspólnego z samym Powstaniem. Chodziło o chorobę, która dopadła Paderewskiego w podróży. Tyle, że również jakoś szczególnie nie przedstawiono tej choroby. Natomiast tak jakby pominięto samo Powstanie, a skupiono się na wyobraźni reżysera. Tu akurat mogłabym stwierdzić, że przedstawienie tego filmu w ten sposób, miałoby prawo bytu, gdyby nie plakat …

 7664646.3

Ale o co chodzi?

Na plakacie mamy w tle bitwę. Jeżeli więc nastawiacie się na tę bitwę i pokazanie jakiegokolwiek męstwa Wielkopolan, to głęboko się rozczarujecie. Tak jak my. Te bitewne sceny trwały dosłownie kilkadziesiąt sekund i były dodatkiem do filmu, tak jakby reżyser musiał coś takiego pokazać, tylko nie bardzo wiedział jak to przedstawić i przede wszystkim kiedy, więc wcisnął to pod koniec.

Mamy też – jak we wszystkich tego typu filmach – historię miłosną. Nie zakończoną niestety happy endem. Bohater ginie w … seansie spirytystycznym, myśląc, że ratuje ukochaną z rąk potężnego medium.

 

Pokręcona fabuła. 

Cały film opiera się na grupie teozoficznej. W pewnym momencie szepnęłam do Ojca Prezesa, czy to jakaś parodia Powstania Wielkopolskiego i czy reżyser się z nas nabija, że bitwę wygraliśmy dzięki jakiemuś medium i innym abrakadabra. Bo jeżeli w filmie kilkoro dorosłych ludzi, siada przy okrągłym stole, przy magicznym przedmiocie [na miarę Harrego Pottera], wdychając ziółka [ćpając?] i próbując w ten sposób uchronić Paderewskiego przed złym [medium], to ja naprawdę nie jestem w stanie inaczej tego odebrać.

Z poważnego filmu, po prostu zrobiono absurdalną poradnię i jeżeli jest tam jakiś głębszy sens [a jak twierdzi moja mama jest] to niestety bardzo trudno ten sens wychwycić. I trochę żałuję,bo film mógłby być nawet całkiem niezły. Były do tego fundusze [chyba w całości spożytkowane na te piękne stroje i wnętrza, bo cała sceneria tętni początkiem XX wieku], ale zabrakło chyba pomysłu na zrobienie z tego arcydzieła, choć sam reżyser twierdzi, że film jest świetny.

Brakowało mi też głównego bohatera, bo było ich tak jakby kilkoro, przynajmniej wiele osób miało swój czas w filmie. Trudno było więc określić kto gra pierwsze skrzypce i na kim się głównie skupić. Z początku może się wydawać, że głównym bohaterem jest Doktor Abuse [Crispin Glover], ale już po 5 minutach wiemy o nim wszystko. Poza tym zaraz potem dochodzimy do wniosku, że równie główny mógłby być Krystian Ceglarski [Jakub Gierszał], tym bardziej, że na plakacie gra pierwsze skrzypce, ale skoro umiera zanim rozpoczyna się Powstanie, to trudno go uznać za głównego bohatera.

 

Całkiem niezła gra aktorska.

Niesamowita rola Artura Krajewskiego, który grał Żyda Rudolfa Funka, trochę poprawia poziom Hiszpanki. Zresztą równie dobrze odegrał swoją rolę Crispian Glover w roli Doktora Abuse. Sami aktorzy wcielający się w swoje role odwalili kawał dobrej roboty, ale jak widać, nie mieli możliwości wybicia się z racji kiepskiej fabuły.

Młody Bóg – Jakub Gierszał – w filmie grający zakochanego panicza Ceglarskiego, również zasługuje na oklaski.

 

Ocena 3 +.

Chciałabym ocenić ten film na więcej. Z racji tego, że sam pomysł był dobry, sama realizacji też byłaby całkiem niezła. Problem niestety polega na tym, że film jest mało zrozumiały, ma mało wspólnego z opisem, tytułem i plakatem. Do tego zbyt mocno widoczna jest imponująca wyobraźnia reżysera, która miałaby prawo bytu w filmach fantastycznych. Nie w historycznych.

Kiepsko.

Straciłam dwie godziny.

KOMENTARZE (6)

  • Niki
    Lut 16, 2015., 18:28 • Odpowiedz

    Dlatego my ostatnio w kinie byliśmy na "Pingwinach z Madagaskaru" :D

    • Noemi Skotarczak
      Lut 16, 2015., 18:46 • Odpowiedz

      To był pierwszy raz od bardzo dawna, kiedy zasiedliśmy w kinie we dwoje. A tu taki psikus. Teraz przymierzam się do teatru, albo opery.

      • Niki
        Lut 16, 2015., 18:57 • Odpowiedz

        Opera mnie nie kręci, ale do teatru albo filharmonii chętnie bym się wybrała :)

        • Noemi Skotarczak
          Lut 16, 2015., 20:06 • Odpowiedz

          A mnie własnie kręci. Uwielbiam. Operę, teatr. Mniam!

  • Historynka
    Lut 16, 2015., 21:38 • Odpowiedz

    A chciałam iść ze względu na Powstanie Wielkopolskie.

    • Noemi Skotarczak
      Lut 17, 2015., 09:13 • Odpowiedz

      Ja również. Niestety mocno się rozczarowałam. Moja mama była na premierze z tatą i bratem, ja dzień później. Usilnie twierdzi, że tam był przekaz, który trzeba przemyśleć. Przemyśleliśmy parę tamtejszych scen, ale całość filmu niestety nie przedstawia Powstania Wielkopolskiego. To bardziej fantastyka, niż film historyczny. Całość skupia się głównie na grupie ludzi, którzy chcą się połączyć z Mistrzem [Paderewskim] za pomocą myśli, przy okrągłym stole i magicznym przedmiocie.

ZOSTAW KOMENTARZ

loading
×