Prywatność blogera.

Ciągle ktoś coś chce. Jedna wiadomość, druga, a potem trzeba wrócić do tej czwartej. Sterta niepozmywanych naczyń, a ja wolałabym w tym czasie obejrzeć ulubiony serial. 
Chwila. 
Nie mam ulubionego serialu, bo nie mam na niego czasu. Często zapominam, a wraz ze mną inni, że poza Blogerką jestem też osobną jednostką. Prywatną. Taką jak Wy. 



Założyłam sobie blog, bo chciałam. Zawsze lubiłam pisać i to było jedyne co wychodziło mi najlepiej. Zawsze miałam coś do powiedzenia i chciałam to wszystko zamknąć w jednym miejscu.
Definiować, interpretować, działać, rozważać. 

Niedługo Matka Prezesa kończy 2 lata i wchodzi w typowy bunt dwulatka. A pierwowzór bloga zmienił się nie do poznania. 

Mam swoje miejsce w sieci. Takie do którego zawsze wracam, bo ktoś na mnie czeka. Takie w którym mogę napisać co myślę i znajdą się osoby myślące podobnie. Takie miejsce za które biorę pełną odpowiedzialność. Miejsce, które sama kreuję i udoskonalam. 

Ostatnimi czasy dostaję ciągle jakieś wiadomości. A to pytania o wychowanie, pielęgnację, wcześniactwo, bloga, integrację sensoryczną, a nawet o poród, karmienie piersią (przecież nigdy nie karmiłam!) czy słynnego ostatnio siatkówczaka. Ten ostatni wiedzie prym, a ja powoli zaczynam się poddawać i metodą kopiuj wklej przekonuję, że ze mnie okulista jak z koziej dupy trąbka. 

Dochodzą do tego chore dzieci. Co najmniej kilka razy w tygodniu wiadomość. Proszę udostępnij to na swojej tablicy. [tu link chorego dziecka]. Gdybym miała udostępniać wszystko co dostaję, to nie robiłabym tak naprawdę nic tylko udostępniała. Tablica Matki Prezesa zamieniłaby się na tablicę ogłoszeniową.

Niektórzy niestety tego nie rozumieją. Ciągłe pretensje … I oczekiwanie, że wszystko będę akceptować. Że dystans, że Wy możecie. Że można wylewać na mnie wiadro pomyj, ja mam potulnie spuścić głowę. Chwila. Nie mam ochoty na to. Nie muszę zaspakajać potrzeb tych, którzy mnie nie lubią i prawdopodobnie nigdy nie polubią. I nie mam obowiązku, żeby Was szanować, jeżeli Wy nie szanujecie mnie. Nie mam już ochoty każdemu przypasować. Nie oczekujcie tego ode mnie.

Pisanie bloga to nie godzina dziennie. Ani nie dwie. Czasem to nawet cztery godziny, biorąc pod uwagę fakt, że trzeba przerwać pisanie, bo gdzieś tam miga się Ci nieprzeczytana wiadomość, a ja nadal ambitnie na niemalże każdą odpisuję. Nikt mi za to nie płaci, poświęcam swój prywatnym czas i nie każdy jest w stanie to docenić. Czasem zwykłe dzięki by wystarczyło.
Bo ja nic nie muszę. Ja tylko mogę.

Moje prywatne konto na fb powoli zamienia się w nieustające zaproszenia do znajomych od nieznajomych. Mogę tylko podejrzewać po wejściu na profil, że to osoby z MP i z reguły tak właśnie jest. Macie mój publiczny profil, prywatny jest moim prywatnym. Nie wszystko co na prywatnym, powinno się znaleźć na publicznym i odwrotnie. Uszanujcie to.

Kiedy zamykam klapkę laptopa jestem Noemi, nie żadną tam Matką Prezesa, blogerką, czy innym Internetowym tworem. Jest mój świat, problemy codzienne i spacery gdzieś tam, bez obowiązków.

Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam Wasze wiadomości. To zaufanie, ten Wasz uśmiech, opowiadanie własnych historii (często wcześniaczych). Łzy leciały ciurkiem, kiedy dostałam wiadomość od mamy wcześniaka, która czytała moje posty na telefonie siedząc obok inkubatora swojego dziecka. To buduje poczuje wartości. Wtedy wiesz, że to co robisz, robisz cholernie dobrze.

W pewnym momencie problemy moich czytelników zaczęłam wplatać w nasze życie prywatne. Zmywając naczynia, sprzątając, pytałam PT co powinnam odpisać. Czy wiesz, że jedna z czytelniczek … A dziecko tamtej …
PT powiedział: dość.


Dzisiejszy dzień zaczęłam od uszykowania dziecka do babci. Pojechał robić pierniki. Ja odpaliłam laptopa, zrobiłam sobie kawę. Odpisałam na dwa mejle, trzeci zostawiłam na potem. Trzy wiadomości prywatne. Dokończyłam notkę. Klikam opublikuj. 
Idę sprzątać.
Cały dom. 

Za oknem szaro, buro. Minusowa temperatura. Mam ochotę zagrzebać się pod koc. 




ZOSTAW KOMENTARZ

loading
×